Wtajemniczenie

0%

Pamiętam dokładnie. Spotkałem Grubasa na tych dziwnych warsztatach, podczas których trzeba było układać swój osobisty totem z rzeczy znalezionych na podwórku. Takie polecenie dostaliśmy od prowadzącej, dziewczyny w sumie dość sympatycznej, skądinąd pełnej dobrej woli i zaangażowania. I chyba naprawdę szczerze przekonanej, że wyprawa na szkolne boisko w poszukiwaniu jakichś przedmiotów, a następnie układanie z tych przedmiotów czegoś, co ma za zadanie odzwierciedlić indywidualność oraz osobowość każdego z uczestników, będzie dla tych uczestników tak samo fundamentalnym doświadczeniem, jak wyprawa po Złote Runo dla Jazona, albo podróż do Itaki dla Odysa, albo każda inna archetypowa wędrówka po sens życia i przeznaczenie dla mitycznych bohaterów wszystkich czasów. Jednak dziewięćdziesiąt dziewięć procent grupy potraktowało to zadanie z pełną powagą. Odnalezione na boisku pety, puszki, kasztany, żołędzie, źdźbła trawy, a nawet martwe motyle, utworzyły kilkanaście niepowtarzalnych konstelacji – w symbolicznej syntezie odbijających kilkanaście niepowtarzalnych życiorysów, których właściciele zebrali się w jednym czasie i w jednym miejscu, ażeby za pomocą tego specyficznego (ale, jak przekonywała prowadząca, niezwykle wprost skutecznego) rytuału dotrzeć do źródeł swoich zagubionych tożsamości.

Zwróciłem na niego uwagę jeszcze zanim się te warsztaty zaczęły. Chodził tam i z powrotem po wyłożonym płytą pcv korytarzu i palił marlboro setkę. Trzymał papierosa z niezwykłą wprost gracją i z taką samą gracją, rozglądając się nieco na boki, cały czas w ruchu, sunąc do przodu lekko chybotliwym krokiem, zaciągał się głęboko, a następnie wydmuchiwał gęstą chmurę błękitnego dymu. Jest to sprawa pierwszej wagi – gęstość wydmuchiwanego dymu. Po tym można poznać klasę palacza. Pospolity nikotyniarz, którego jedyną zaspokajaną przy pomocy papierosa potrzebą jest potrzeba nikotynowej szprycy, taki palacz wypuszcza dym rozrzedzony, rachityczny, stapiający się momentalnie z powietrzem, uchodzący z ust szybko, chaotycznie i na boki. Co innego palacz wytrawny. Jego wydech przynosi obłok o wyraźnej substancji, kształcie, dynamice i – przede wszystkim – obfitości. Palacz wytrawny nie jest bowiem zainteresowany wyłącznie mechanicznym pobudzaniem swojego układu endorfinowego – idzie mu o coś więcej. Jego palenie to czynność świadoma, czynność niemal kontemplacyjna, uwalniająca umysł od naturalnego przywiązania do zewnętrzności.

Chyba tylko ja i on nieszczególnie przejęliśmy się totemami. Ja dysponowałem dwiema zielonymi butelkami, papierkiem po cukierku oraz fragmentem podeszwy jakiegoś starego kalosza. Grubas wyszukał gdzieś puste opakowanie po marlboro setkach (podejrzewam, że było to jego własne opakowanie), do tego kawałek zielonkawego szkła oraz długą gumkę, którą starannie połączył dwa pierwsze składniki totemu.

Kiedy już wszystkie totemy były gotowe, nastąpiła główna część warsztatu: prezentacja. Każdy musiał swój totem scharakteryzować, ujawnić konieczność użycia tych właśnie a nie innych elementów, udowodnić, że to właśnie taka a nie inna ich koniunkcja wyzwala całkiem nową jakość, znacznie przekraczającą proste sumowanie. A następnie pokazać, że ta jakość odpowiada jego osobowości.

I właśnie w tym momencie Grubas zaprezentował całą swoją wirtuozerię. „Mnie”, powiedział, a wszyscy – zgodnie z przyjętymi wcześniej założeniami warsztatu – wpatrywali się w niego z akceptacją, „mnie mianowicie ćwiczenie to ujawniło dramat i znikomość ludzkiej egzystencji”.

Zapanowało małe poruszenie, do tej pory bowiem używano tutaj pojęć o zabarwieniu raczej zdecydowanie pozytywnym, w ogóle tego rodzaju przedsięwzięcia to nie miejsce na opowiadanie o tragediach, dramatach i nieszczęściach. Tego rodzaju przedsięwzięcia mają nauczyć spoglądania na jasną stronę życia.

„A dlaczego? Powiedz dlaczego?”, zareagowała błyskawicznie prowadząca. „Bo oto”, Grubas, jak się później przekonałem, bardzo sobie cenił pewną ornamentykę w mowie, „bo oto kazano mi ułożyć siebie ze… śmieci. A potem te śmiecie znowu powędrują do kosza. Były śmieciami, na chwilę stały się mną, a potem znowu śmieciami się staną”. Grubas wypowiadał to wszystko swoim aksamitnym głosem, umiarkowanie, spokojnie, ale z wyraźną emfazą. „To zupełnie”, mówił dalej, „jak w nauczaniu Buddy: wszędzie panuje rozpad, jesteśmy złożeniem elementów, które na chwilę łączą się w konkretnego człowieka, a potem rozłączają i wracają do ogólnego obiegu. I tak w nieskończoność: rozpad, złożenie, złożenie, rozpad. Wieczna nietrwałość. A więc dramat”, podkreślił, „dramat, bo ja przecież chciałbym być kimś… mieć w sobie coś, co rozpadowi nie podlega, co jest wobec rozpadu bezpieczne i niepodległe…”.

Wcale nie o to chodzi, że publika zareagowała na te metafizyczne dywagacje Grubasa niechęcią, albo wręcz agresją (co się w podobnych grupach często zdarza) – nic z tych rzeczy. Nikt go nie spostponował za rozbijanie atmosfery ogólnej kreatywności oraz optymizmu, nikt nie miał pretensji, że Grubas tak naprawdę robi sobie jaja, no bo przecież z wieloma rozmaitymi rzeczami może się układanie osobistego totemu kojarzyć, do wielu rozmaitych autorefleksji może układanie osobistego totemu doprowadzić, ale z całą pewnością nie do poczucia, że się jest tylko trwającym relatywnie krótko procesem nieuchronnej dekompozycji kilku chwilowo połączonych ze sobą składników. Rytualne konstruowanie prywatnego znaku, przeprowadzane w odpowiednio stężonej atmosferze skupienia i kontemplacji, powinno jednoznacznie wyświetlić – zaciemnioną dotychczas – harmonię drzemiącą pod zwałami chaotycznej mieszaniny emocji, pragnień oraz lęków, formujących indywidualną osobowość. Sam zaś przebieg rytuału: chodzenie po podwórku, szukanie odpowiednich elementów, montowanie ich w całość przekraczającą sumę poszczególnych części oraz finalna prezentacja uzyskanego efektu, otóż taka, a nie inna sekwencja czynności reprodukuje symbolicznie proces odnajdywania struktury tam, gdzie jej na co dzień nie dostrzegamy, czyli w sobie samych. Tak samo jak nie dostrzegamy żadnej struktury w porozrzucanych na ulicy odpadkach.

Tymczasem Grubas, wywodząc z tej czynności dokładne jej przeciwieństwo, wszystko zdekonstruował – tam, gdzie powinna zapanować harmonia, wkradł się nieporządek, tam gdzie powinna zjawić się afirmacja, przyszła całkowita negacja, tam zaś gdzie powinna nastąpić reintegracja, zagościł rozkład.

Była to dla wszystkich, łącznie z sympatyczną trenerką, tak nieprawdopodobna interpretacja, tak całkowicie nie pasująca do wszystkiego, co wiedzieli i do wszystkiego, czego sami – za sprawą totemu – doświadczyli, że potraktowali mowę Grubasa jak świetny dowcip. I już do końca warsztatów Grubas spełniał rolę ogólnego rozweselacza. Cokolwiek powiedział natychmiast wywoływało powszechną wesołość.

A potem zaczęliśmy rozmawiać i wybrałem się z Grubasem na kawę. To znaczy – pojechaliśmy tam jego starym samochodem o nieustalonej marce, pełnym porozrzucanych na podłodze gazet, puszek po coca-coli oraz dziwnych książeczek z okładkami upstrzonymi Chrystusem z Całunu Turyńskiego, Sai Babą, świetlistymi kołami i symbolami astrologicznymi. W miejscu radia ziała sporych rozmiarów czarna dziura, z której, niczym pęk wodorostów, wystawały różnokolorowe druty, poskręcane, poprzypalane, smętnie zwisające na wszystkie strony. Ktoś niedawno połasił się na radioodbiornik.

Od razu zauważyłem, że Grubas jest wytrawnym kierowcą i chociaż jezdnia była oblodzona, a gęsto padający śnieg sprawiał, że przez przednią szybę widzieliśmy tylko amorficzną biel, to czułem się całkowicie bezpieczny. Patrzyłem jak Grubas spokojnie pokonuje kolejne zakręty, wymija inne samochody, a wreszcie jednym wprawnym ruchem kierownicy parkuje na opustoszałych jeszcze o tej porze tyłach Nowego Światu.

2.
Kiedy weszliśmy do kawiarni, przypomniałem sobie jakieś starożytne meksykańskie miasto – nazwy nie odtworzę – w jednej chwili opuszczone przez mieszkańców, którzy pozostawili po sobie rozłożone na stołach posiłki, przygotowane do użycia sztućce, pługi na polach, domowe zwierzęta w zagrodach i kojcach.

Wnętrze tej knajpy było niemiłosiernie zadymione, chociaż w środku nie zobaczyliśmy ani jednego klienta. Tak jakby jeszcze przed sekundą cała chmara palaczy łapczywie kopciła tutaj papieros za papierosem, a chwilę później – ni stąd ni zowąd – uległa zbiorowej dematerializacji, jedynym zaś widomym znakiem zaświadczającym o jej istnieniu była ta ciężka, zawiesista mgła, ogarniająca wysłużone stoliki, wieszaki, popielnice i smutną dziewczynę za obdrapanym barem. Wrażenie nieprzenikliwości potęgował jeszcze padający na zewnątrz śnieg: biała masa za oknem, szaro-błękitna w środku, ani grama wolnej przestrzeni dookoła. Początkowo miałem wrażenie zwolnionego tempa. Delikatnie unosząc się w tym dusznym fluidzie poprosiliśmy o dwie kawy, osiedliśmy na krzesłach, a potem zapaliliśmy własne papierosy i – podłączywszy się tym samym do ogólnej atmosfery – wtopiliśmy się w nią, a ona wtopiła się w nas i stopniowo przestała być dokuczliwa, stopniowo przestała nam zakłócać percepcję, stopniowo odzyskaliśmy widoczność i znowu mogliśmy swobodnie oddychać.

Niewiele dowiedziałem się wówczas o prywatnym życiu Grubasa. Nadmienił tylko, że pomieszkuje gdzieś w niewielkiej mieścinie pod Wrocławiem oraz że pracuje w hurtowni jako kierowca, ale tak naprawdę skończył filozofię i nigdy filozofią nie przestał się zajmować, albowiem – z czym trudno się było nie zgodzić – zajmowanie się filozofią to przede wszystkim aktywne poszukiwanie odpowiedzi na fundamentalne pytania, a nie formalne sprawowanie posady na uniwersytecie, albo innej akademii. Jakkolwiek, opowiadał mi Grubas (a w jego nieustającym monologu nie było ani śladu – charakterystycznej dla pewnego typu gawędziarzy – chęci zawładnięcia interlokutorem, uczynienia zeń lustra odbijającego elokwencję mówcy i rezonansu umożliwiającego pełny zachwyt nad barwą własnego głosu), filozofii nie traktował nigdy jako metody gwarantującej pozyskanie tych odpowiedzi, lecz raczej jako impuls do ich poszukiwania, jako sam akt zdziwienia i zachwytu wyjściową niepoznawalnością świata. Wyjściową, bo Grubas żywił głębokie przekonanie, że tajemnica naszego istnienia jest w istocie tajemnicą pozorną. Tajemnicą, którą, przy odpowiednim wysiłku, można prześwietlić i zdemistyfikować, a tym samym, jak się wyraził, wyrwać się spod wszechobejmującej władzy rozpadu.

Właśnie w momencie, kiedy wypowiedział słowo „rozpad” i kiedy miałem zapytać go jakim to mianowicie sposobem można się spod wszechobejmującej władzy rozpadu wyrwać, drzwi do kawiarni otworzyły się gwałtownie. Chmura wirującego śniegu wdarła się do środka niesiona lodowatym impetem wiatru, który nieco mnie otrzeźwił, słuchając bowiem miękkiego i monotonnego głosu Grubasa popadłem w coś na kształt delikatnego transu.

Wraz z chmurą dziarskim krokiem wkroczyła do wnętrza mniej więcej czterdziestoletnia karlica z wypchanym chlebakiem przewieszonym przez ramię, ubrana w malutki, pozbawiony guzików kożuch, spięty na wysokości talii grubym skórzanym pasem. Energicznie zamknęła za sobą drzwi, rozejrzała się i pomaszerowała prosto do baru. Zamówiła tam pięć winiaków (dokładnie tak – pięć winiaków!), przeniosła je w dwóch turach do stolika, a potem jeden po drugim wypiła. Następnie zapaliła papierosa, dwa razy się zaciągnęła, wstała i – już krokiem znacznie mniej dziarskim, krokiem raczej chybotliwym, posuwistym, o dość nieregularnej trajektorii – bardzo powoli opuściła lokal.

Nieprawdopodobna kondensacja. Jasno wytyczony cel i metodyczne do niego dążenie. Żadnych przy tym ozdobników, żadnej szczególnej rytualizacji, zwykle towarzyszącej zaprawianiu się alkoholem w miejscach publicznych.
Pięć szybkich strzałów. Błogość. Finito.

Grubas tymczasem potraktował małą panią jako doskonałą metaforę tego, co właśnie zamierzał powiedzieć, kiedy tak znienacka dziarsko wkroczyła do knajpy. Na jej przykładzie zaczął mi wyjaśniać znikomy charakter ludzkiego życia. Kiedy tak patrzyłem na jego okrągłą, łysą głowę i słuchałem, jak lamentował nad przemijalnością wszystkiego, nad fundamentalną, nieodłączną od życia destrukcją, wpisaną głęboko w anatomię naszych ciał już na poziomie pojedynczej nitki kwasu dezoksyrybonukleinowego – odnosiłem wrażenie, że siedzę przy stoliku z najnowszym wcieleniem samego księcia Siddharthy, albo przynajmniej innego spośród tych licznych oświeconych, którzy, jak głosi Wschodnia tradycja, od niezliczonych miliardów lat pojawiają się na Ziemi, aby nieść naukę o pustce każdej napotkanej czującej istocie. Odwołanie do Buddy, którym Grubas uraczył warsztatową publikę, przestało mi się wydawać tylko zabawnym chwytem retorycznym.

Modelem czującej istoty dążącej do szczęścia, a zarazem nie mogącej go w żaden sposób zaznać, stała się w opowieści Grubasa właśnie owa mała pani, zapewne regularnie znieczulająca swój egzystencjalny ból przy pomocy niezawodnej i starannie odmierzonej proporcji winiaku oraz nikotyny. Do czegóż to jednak na dłuższą metę mogło prowadzić? Oczywiście, do coraz większej rozpaczy, do coraz większej liczby coraz szybciej konsumowanych winiaków. I coraz mocniejszych papierosów coraz słabiej dopełniających coraz bardziej nieefektywne i coraz krótsze momenty coraz mniej przyjemnego zaciemniania zbolałej świadomości.

Grubas twierdził, że tak naprawdę wszyscy jesteśmy jak ta mała pani, wszyscy bowiem w taki czy inny sposób aplikujemy sobie swoje pięć strzałów, tyle że pod rozmaitymi postaciami – chodzimy do kościoła, zatapiamy się w życiu rodzinnym, albo zawodowym, czytamy książki, oglądamy pornosy, piszemy wiersze, albo opowiadania, zakochujemy się, żenimy, płodzimy dzieci, które potem płodzą kolejne dzieci, jeździmy na wycieczki, chodzimy do muzeów i teatrów, wariujemy, mamy obsesje, depresje, psychozy, albo syndrom borderline, a na końcu i tak umieramy w pełnej niewiedzy. I gówno z tego wszystkiego wynika.

Zapytałem go w pewnym momencie – bo przecież napomknął o tym na samym początku – w jaki to mianowicie sposób można się, jego zdaniem, ze wspomnianego gówna wydobyć. Zapytałem nie dlatego, żebym naprawdę wierzył w soteryczną moc Grubasa, albo w to, że objawi mi on teraz jakąś nową tajemną ewangelię, będącą zarazem kluczem do pełnego wyzwolenia, a jednocześnie precyzyjnym i kompletnym opisem wszystkich ukrytych prawideł rządzących wszechświatem. Zapytałem, ponieważ Grubas – naiwny, urokliwie zatroskany, współczujący i przejęty sprawami kosmicznego cierpienia – wydał mi się niesamowitą, egzotyczną postacią, z gatunku tych, jakich się już dzisiaj prawie nie spotyka.

Bynajmniej, nie otrzymałem wówczas odpowiedzi. Musiałem się zadowolić wyznaniem, że poszukiwanie tej odpowiedzi zajęło Grubasowi naprawdę mnóstwo czasu, że, jak się wyraził, próbował rozmaitych sztuk i nauk, a kiedy sztuki i nauki poznał już dogłębnie i kiedy okazało się, że są one w zasadniczym sensie tego sformułowania poznawczo niewydajne – wówczas „poznał niezwykłą osobę”. I to właśnie od niej udało mu się otrzymać rozwiązanie. I może mi je przekazać. Zdążył mnie już należycie poznać, poznania bowiem nie sposób odliczać w minutach, godzinach czy latach, poznanie nie rozgrywa się w przestrzeni ilościowej, o głębokości poznania decyduje intensywność. Ten zaś czynnik, w przypadku naszej rozmowy, uzyskał natężenie – w odczuciu Grubasa – niezwykle silne. Ta siła podpowiada mu bez żadnych wątpliwości, że jestem godzien wtajemniczenia.

Czy się zgadzam na małą wycieczkę?

3.
Naturalnie – zgodziłem się.
Znowu dotarliśmy do jego samochodu, prawie przysypanego śniegiem, głęboko zahibernowanego, smętnie kontrastującego wszechobecną biel. Minęło dobrych piętnaście minut zanim wysłużony akumulator wreszcie zaskoczył. W oczekiwaniu na pojawienie się elektrycznej iskry wprawiającej w ruch mechanizm silnika, zdążyliśmy zdrapać z szyb grubą warstwę zlodowaciałego szronu. Przez cały ten czas zastanawiałem się, czy aby dobrze robię wypuszczając się w towarzystwie ledwie poznanego Grubasa gdzieś nie wiadomo gdzie – na sekretne spotkanie mające ujawnić najtajniejsze tajnie kosmosu. W tym przypadku jednak przeważyła najzwyklejsza ciekawość. I pewność siebie. Zawsze mi się wydawało, że posiadam całkiem niezłą intuicję jeśli chodzi o ludzi – rzadko kiedy pierwsze wrażenie okazywało się złudą, zwykle potrafiłem szybko rozpoznać czy mam do czynienia z groźnym wariatem, czy tylko z dobrodusznym dziwakiem. Grubasa natychmiast zaliczyłem do drugiej kategorii.

A poza tym, jak już mówiłem, Grubas był fascynujący – z tym swoim niesłychanym wewnętrznym spokojem, z tą swoją flegmatyczną techniką prowadzenia samochodu i palenia papierosów, z tą egzotyczną kosmologią wykładaną konfidencjonalnym tonem, w którym, jak mi się wówczas wydawało, nawet na chwilę nie pobrzmiewała fałszywa nuta, mogąca zwiastować już to świadomą mistyfikację, już to kompulsywną niepewność skrzętnie ukrytą pod płaszczykiem rzekomej wiedzy tajemnej.

Przejechaliśmy przez most Poniatowskiego, minęliśmy rondo Waszyngtona, a zaraz za rondem skręciliśmy w niewielką uliczkę i zatrzymaliśmy się pod szarym blokiem, co najmniej dziesięciopiętrowym, całym prawie upstrzonym jakimś koszmarnym, delirycznym graffiti.

Wsiedliśmy do obdrapanej windy, a ja nie próbowałem już dopytywać Grubasa o szczegóły, kilkakrotnie zagadnąłem go o nie w trakcie jazdy, ale niezmiennie wtedy odpowiadał, że wszystkiego dowiem się na miejscu, i że naprawdę nie ma się czego obawiać, czeka mnie bowiem wizyta u pewnej niezwykle duchowo zaawansowanej istoty. Niech więc raczę odłożyć swoje wątpliwości, niech raczę zdać się na mądrość losu (tak właśnie powiedział, mądrość losu), spokojnie przyjąć to, co się wydarza i wyłączyć na ten czas wszystkie zupełnie tutaj niepotrzebne i nieprzydatne intelektualne aktywności. Życie ludzkie to przecież fenomen daleko przekraczający kompetencje rozumu – zawiera w sobie tyle elementów całkiem irracjonalnych, zupełnie nie poddających się prymitywnym kategoryzacjom rodem z logiki dwuwartościowej. A tym właśnie pachną moje nieustanne wątpliwości.

Porzuciłem je więc na czas podróży windą. Ale kiedy tylko weszliśmy do mieszkania odżyły na nowo w całej okazałości – tym razem jednak powstrzymałem się od ich ekspresji, a może nie tyle sam się powstrzymałem: powstrzymało mnie to, co zobaczyłem. Okazało się bowiem, że ową niezwykle zaawansowaną duchowo istotą była, ni mniej, ni więcej, tylko… ta sama karlica, która godzinę wcześniej tak spektakularnie znieczuliła się w naszej obecności pięcioma porcjami winiaku klubowego.

Wciąż wyglądała na nieźle odurzoną, siedziała w niedbałej pozie na sfatygowanym pluszowym fotelu, dzierżyła w dłoniach telewizyjnego pilota i – wpatrując się niewidzącym wzrokiem w migoczący kineskop starego grundiga – uprawiała bezmyślny zapping: wciskała po kolei wszystkie guziki, przeskakiwała z kanału na kanał, absolutnie przy tym ignorując jakiekolwiek zewnętrzne bodźce dochodzące zarówno z ekranu, jak i z przedpokoju, w którym, wraz z Grubasem, stanęliśmy.

Sofia, tak właśnie kazał mi Grubas nazywać karlicę. Zrobił to zanim zdołała zauważyć, że przyjechaliśmy, szepnął mi jej imię do ucha, kiedy wieszałem kurtkę, a w bezpośrednio połączonym z przedpokojem pomieszczeniu ona wciąż – mimo hałasu, jaki robiliśmy – trwała pogrążona w swoim alkoholowo-telewizyjnym transie. „Pod żadnym pozorem”, powiedział cicho, „pod żadnym pozorem nie nazywaj jej inaczej, pamiętaj. Żadne tam proszę pani, pani, ani tym bardziej ty. Mów do niej Sofia”.

Pomyślałem w pierwszej chwili, że chyba jednak powinienem stąd wiać. Wszystko było jakieś brudne i obdrapane. Przypominało raczej wysłużoną melinę odwiedzaną przez żulernię trzeciego sortu, niż ogniskowy punkt kosmosu, z którego widać wszystkie jego najgłębsze sekrety. Rolę wieszaka spełniał wmontowany w ścianę kostropaty kij z powtykanymi weń małymi, plastykowymi żerdkami. Na podłodze szeleściły porozkładane gazety, tak jakby za chwilę miał się rozpocząć jakiś generalny remont, albo przynajmniej malowanie. (Z pewnością choćby elementarne zabiegi restauracyjne wyszłyby temu miejscu na dobre.) Przede wszystkim jednak perspektywa testów, którym miałbym tu zostać poddany, napawała mnie przemożną chęcią błyskawicznej ewakuacji. Nie wspominając nawet o średnio uczciwym fortelu, który mi zaserwowali – bo niby dlaczego nie przywitali się w knajpie, tylko odgrywali jakiś niezrozumiały spektakl? Czemu mnie oszukali?

Przeważyła jednak ciekawość.

Pokój, w którym zappowała karlica był niewielki, w ogóle cała kawalerka mogła mieć najwyżej trzydzieści metrów kwadratowych. I te trzydzieści metrów kwadratowych szczelnie wypełniał zgęstniały papierosowy dym, zupełnie jak w kawiarni, z której przyjechaliśmy. Tyle, że w kawiarni dym był świeży, dzisiejszy, a ten, który wisiał w mieszkaniu karlicy, wydawał się naprawdę wiekowy. To był dym-nestor, dym-senex, władczy starzec apodyktycznie przepełniający swoją sędziwą, eteryczną obecnością całą dostępną przestrzeń, gniewnie odstraszając intruzów tym obrzydliwie cuchnącym, dławiącym niezadowoleniem, które emanowało z niego we wszystkie strony na raz, wdzierało się do nosa, przesiąkało przez ubranie i skórę.

Już, już chciałem wychodzić, bo czułem, że za chwilę albo zwymiotuję, albo się uduszę, ale nagle karlica wyłączyła telewizor i popatrzyła w moją stronę mętnymi oczami. Poczułem na plecach dłoń Grubasa. Delikatnie popychał mnie w stronę pokoju. Spojrzenie karlicy było przyjazne. W jednej chwili odeszły wszelkie obawy.
Wszedłem więc. Usiadłem naprzeciw.

4.
Nie zastosowała wówczas – dzisiaj tak myślę – żadnej hipnozy, albo innej mesmerycznej siły z gatunku tych, co pozwalają w jednym momencie całkowicie zapanować nad umysłem innego człowieka, podporządkować go sobie, wpoić mu dowolne przekonanie, zmusić do czynów, których nigdy by z własnej woli nie dokonał. Posiadała raczej jakąś naturalną charyzmę, opartą być może na zagadkowo zdefasonowanej anatomii. Kiedy zobaczyłem ją z bliska dostrzegłem, że jest niemal pozbawiona szyi – mała, pomarszczona głowa wyrastała wprost z tułowia bez żadnego dodatkowego pośrednictwa; oprócz tego jej lewa dłoń miała tylko dwa palce połączone cienką przeźroczystą błoną, widoczną jednak wyraźnie w świetle palącej się obok lampy. Ale najdziwniejsze były oczy – zupełnie czarne, wyzbyte tęczówek, złożone tylko z wielkich źrenic i nienaturalnie błyszczących na ich tle białek. Miałem wrażenie, że za tą czernią kryje się jakaś przepaść, przyciągająca jak magnes, a zarazem spokojna i nieporuszona…

Grubas przycupnął na tapczanie, panowała całkowita cisza.

„Taaaak”, powiedziała wreszcie karlica, a potem wyciągnęła papierosa i cała statyczność tej sceny w jednej chwili znikła. „Popatrzyłam sobie na ciebie już wcześniej, nadajesz się”, dodała wydmuchując w moją stronę kłębowisko niebieskiego dymu. Spojrzałem pytająco na Grubasa, ale on dał mi tylko cichy znak, żebym słuchał.

Zaczęła się przemowa karlicy, przerywana kolejnymi papierosami, pokrętna, dziwaczna, pełna wymyślnych neologizmów i przekleństw na zmianę z filozoficznymi pojęciami rodem ze starożytnej Grecji, Tybetu, albo Japonii. Przemowa stanowiła skondensowaną prezentację pewnej kosmologii – brzmiącej jak pomieszanie szaleńczych majaków z dawnymi ideami gnostyków, magów czy też alchemików. Nie jestem w stanie przytoczyć tutaj tego, co powiedziała, ale spróbuję ramowo nakreślić wizję, która się z jej słów wyłoniła. Była to wizja niezbyt skomplikowana. Nosiła wszelkie znamiona amatorskich objawień, od których roi się w internecie – teraz każdy może założyć stronę i podzielić się z innymi swoją iluminacją.

Oto świat złożony z dwóch poziomów dostępnych ludzkim zmysłom: materii i wyobraźni. My, istoty ludzkie, jesteśmy w te dwa dominia pochwyceni, jesteśmy uwięzieni jak gdyby pomiędzy nimi – uwięzieni wyjątkowo przebiegle i praktycznie bez szans na ucieczkę.

Na czym polega uwięzienie? Tutaj idee karlicy wyraźnie różniły się od tradycyjnej gnozy, której wyznawcy przekonująco dowodzili, iż w każdym człowieku, gdzieś w głębinach każdego pojedynczego istnienia, kryje się pierwiastek boskiej pneumy, wtrącony w karcer materii przez złośliwego i sadystycznego demiurga. A jednak, powiadali Bazylides czy Walentyn, w oddali najbardziej obcych Ziemi eonów kosmosu, istnieje pierwotne i nienaruszalne źródło światła, którego odpryskiem jest ów zniewolony duch. Do tego źródła nieświadomie wciąż i wciąż tęsknimy, cierpiąc męki życia pełnego chorób, rozpadu, śmierci i zła – wiecznie reprodukowanych w nieskończonym łańcuchu metempsychozy.

Inaczej zupełnie ujmowała sprawę karlica (Sofia – czyli gnostycka światłość-mądrość upadła w królestwo cieni). W jej przekonaniu nie ma w nas żadnej jasnej iskry i nie istnieje żaden taki, najdalszy nawet, wymiar wszechrzeczy, ku któremu moglibyśmy się zwrócić po ratunek. Nie ma nic poza mięsem i myślami, mięsem i emocjami, a ich zespolenie to właśnie człowiek i inne zwierzęta – ponieważ pomiędzy ludźmi a zwierzętami występuje wyłącznie różnica ilościowa.

Najważniejsze jednak, że – i w tym kryła się oryginalna koncepcja niewoli prezentowana przez karlicę – zawłaszczenie konstytuuje się jak gdyby już w samym momencie połączenia. Innymi słowy, istnienie jako takie jest formą spętania, wydziela bowiem, jako swój produkt uboczny, poczucie „ja” oraz podobne tego rodzaju iluzje, nie mające w istocie rzeczywistości, nie będące rzeczywistością. Jednostkowość to pustka, wymysł, wybryk natury – sama zaś natura jest płaska, pozbawiona celowości i sensowności, jej poziom myślowy natomiast (w którym odruchowo doszukujemy się przejawów jakiegoś wyższego porządku) to tylko forma drgania, wibracji, specyficzny układ przypadkowych czynników obdarzony swoistymi właściwościami, ale nie będący niczym ponad zbiór owych czynników i właściwości.

Czy zdaję sobie sprawę, pytała mnie karlica retorycznie, czy zdaję sobie sprawę jak straszliwe jest ludzkie życie? Jak całkowicie, głęboko, fundamentalnie pozbawione jest sensu, celu, jakiejkolwiek, najdrobniejszej choćby wartości? Czy jestem w ogóle w stanie pomyśleć, że nie ma żadnej nadziei, że nie ma żadnego nieba, żadnego innego świata, żadnego „tam”, że na dobrą sprawę nie ma nawet żadnego „tu”?

Ale też – kazała mi zarazem pamiętać – nie ma również wyzwolenia, o którym dwa i pół tysiąca lat temu tak entuzjastycznie nauczał Budda Śakjamuni. Wyzwolenie to bzdura, nie sposób go osiągnąć, ponieważ zniewolenie jest wmontowane w sam fundament wszystkiego – wszystko jest zniewoleniem, a zniewolenie jest wszystkim.
Nie da się przecież uciec ze wszystkiego, skoro zarówno akt ucieczki, jak i miejsce, do którego można by uciec, same są elementem wszystkiego. Sama więc alternatywa zniewolenie-ucieczka jest alternatywą fałszywą. Nieustanna nadzieja wzmacnia frustrację. Im jaśniejsze światło, tym mrok ciemniejszy. Odpowiedzią jest całkowita rezygnacja z marzenia o zbawieniu. Odpowiedzią jest wyjście poza to horrendalne, fikcyjne rozdwojenie. Oto prawdziwe wyzwolenie. Tak karlica podsumowała, w nieco bardziej bełkotliwym stylu, cały swój wywód.

Skończywszy, opadła w głąb pluszowego fotela, jak gdyby wycieńczona emfatycznym monologiem – jej czarne, błyszczące dotąd oczy ponownie stały się mętne i pozbawione wyrazu, dwa palce u lewej dłoni zginały się i prostowały w jakimś urywanym, nieregularnym rytmie. Siedziałem w milczeniu, bo nic nie przychodziło mi do głowy, może oprócz bardzo już wyraźnego przekonania, że znalazłem się w otoczeniu permanentnych i bynajmniej wcale nie dobrodusznych wariatów. Obdrapane mieszkanie, Grubas, zdeformowana karlica, smród jaki panował dookoła, tragedia połączona z fanatyzmem i zapalczywością, nakrytymi pstrokatym woalem egzotycznej terminologii… Z drugiej strony była w tym jednak jakaś myśl, jakaś logika. Karlica sformułowała koherentną teorię – owszem, prymitywną, poniekąd śmiesznie prostacką, banalną, ale jednocześnie spójną, daleką od tych chaotycznych glosolalii, w których każdy element pozostaje całkowicie wyizolowany od reszty, nic się z niczym nie łączy, a pojęcia wirują bezładnie niczym w jakiejś metafizycznej pralce, skutecznie wyżymającej z nich najdrobniejsze krople sensu.

Zorientowałem się nagle, że po prostu zasnęła. Grubas tylko kiwnął głową i wskazał na drzwi. Przyznaję, perspektywa opuszczenia tego miejsca była nader zachęcająca. Przeszliśmy na palcach do przedpokoju.

„No i jak”, zapytał mnie szeptem, kiedy zakładaliśmy kurtki, „no i jak ci się podobało?”.

Miałem do wyboru jedno z dwojga: albo powiedzieć, co naprawdę o tym myślę, albo też zastosować jakąś wersję ketmanu, czyli ubrać swoje wrażenia w zaszyfrowany idiom komplementów po to tylko, żeby już nie przedłużać tej wizyty i jak najszybciej uwolnić się od ekscentrycznego towarzystwa. Wybrałem drugie rozwiązanie, tym bardziej, że pobrzmiewające gdzieś w głosie Grubasa nieme oczekiwanie na mój entuzjazm było – jak sądziłem – umocowane w kruchej strukturze, skrywającej pod sobą istny bezmiar rozpaczy i dezintegracji. Początkowo wziąłem Grubasa za nieco postrzelonego eksploratora duchowych światów, ogarniętego przemożną potrzebą uchylenia zasłony, odsłonięcia tajemnicy, dotarcia do niewidzialnej podstawy rzeczywistości. Teraz jednak wydawał mi się nieszczęśliwy i pokiereszowany życiowo. Walczący za wszelką cenę o zachowanie elementarnej psychicznej równowagi. Dotkniesz i się rozsypie, myślałem, bo trzyma się tylko dzięki tym wątłym niciom własnej manii.

5.
Mroźne powietrze – kiedy wyszliśmy z bloku – zadziałało niczym wata z amoniakiem podstawiona pod nos. Biały krajobraz gwałtownie skontrastował duchotę i klaustrofobię mieszkania, które przed chwilą opuściliśmy.

Podziękowałem Grubasowi za możliwość wtajemniczenia i wysłuchania tej niezwykłej zupełnie opowieści. Poprosiłem o czas do namysłu, o czas potrzebny do głębokiej, jak się wyraziłem, interioryzacji wszystkiego, co zostało dzisiaj powiedziane. Chciał mnie odwieźć na drugą stronę Wisły, ale odmówiłem. Chciał wziąć ode mnie numer telefonu, bo – jak oznajmił – jeszcze wiele etapów przede mną, jeszcze daleko nie całą wiedzę mi przekazano. Zadzwonię, powiedziałem. Muszę się przejść, powiedziałem, i nieco ochłonąć.

Pamiętam, jak stał pod blokiem, a padający gęsto śnieg uczynił z niego tylko niewyraźny kontur, zamglony obrys, znikającą w bieli zwalistą sylwetkę. A jednak czułem, że na mnie patrzy. Za chwilę, myślałem, wróci na górę, do swojej mistrzyni, razem usiądą, zapalą papierosy i pogrążą się w obłędzie, niczym w lodowatej zaspie.
Takiej samej, jak ta, przez którą się właśnie przedzierałem, próbując dojść do Ronda Waszyngtona. Próbując jak najszybciej o nich zapomnieć.