Bóg, koronawirus, epidemiologia

Czyta się: 7 minut

Ktokolwiek sądził, że konflikt pomiędzy religią a nauką jest sprawą odległej przeszłości – bo obszary te nie mają punktów wspólnych, albo też instytucje religijne w pełni akceptują współczesną wiedzę – z pewnością widzi już, że był w błędzie. Reakcja znacznej części hierarchów Kościoła katolickiego na wybuch epidemii koronawirusa pokazuje w całej rozciągłości, że konflikt jest i ma się dobrze. I wcale nie dotyczy wyłącznie problematyki stricte etycznej, jak to się często próbuje przedstawiać. Nic podobnego. Spór pomiędzy religią a nauką, mitologią a wiedzą, jest wciąż aktualny, tyle że staje się widoczny dopiero w fazie ostrego kryzysu. Kiedy potrzeba drastycznych decyzji. I kiedy od jakości naszego rozumowania oraz od poziomu naszego rozumienia procesów działających w świecie zależy – w sensie jak najbardziej dosłownym – nasze życie.

Pomimo wyraźnych dyspozycji zarówno wszystkich epidemiologów, jak i służb państwowych, które nakazują odwołanie imprez masowych, pomimo rekomendacji wielu ekspertów, którzy już teraz apelują o pozostawanie, w miarę możliwości, w domach, ograniczanie kontaktów społecznych, stosowanie wszelkich możliwych środków ostrożności – arcybiskup Stanisław Gądecki powiada, że, a jakże, zamiast zakazu, potrzeba jeszcze więcej mszy. Po prostu należy ich zorganizować tyle, żeby ludzie uczestniczyć w nich mogli w mniejszych niż zazwyczaj grupach.

Że nawet kilkadziesiąt osób to już jest w obecnej sytuacji poważne epidemiologiczne ryzyko – o dalekiej od zasad higieny metodyce podawania komunii już nawet nie wspominając – biskup zdaje się już nie pamiętać.

Ale nie tylko on. Wielu katolickich księży i publicystów – w tym także Tomasz Terlikowski , którego lubię i cenię za żelazną konsekwencję oraz brak hipokryzji – krytykuje decyzje hierarchów włoskiego Kościoła katolickiego, którzy zdecydowali się swoje przybytki jednak pozamykać. Wskazują przy tym – w sposób najbardziej kompetentny intelektualnie oraz teologicznie czyni to skądinąd właśnie Terlikowski – że w myśl doktryny katolickiej życie wieczne jest ważniejsze niż życie doczesne. A msza święta jest w mitologii kościelnej czymś na kształt intensywnej terapii dla duszy, to znaczy dla tej „części” człowieka, która przetrwa śmierć choćby nawet doskonale zachowanego fizycznego ciała. Następnie zaś powędruje w zaświaty by tam cieszyć się wieczną szczęśliwością. Albo też, no właśnie, wiecznymi mękami – co jest możliwe między innymi wtedy, kiedy dostępu do owej terapii się jej odmówi.



***

Usłyszę teraz pewnie, że „piekło jest tajemnicą”, nie wiadomo, kto w nim jest, i w ogóle nic na ten temat powiedzieć nie wolno. Odpowiem tak: skoro nie wolno – to proszę nie mówić. Używanie argumentu z życia wiecznego w kontekście, o którym rozmawiamy, ma konkretny wydźwięk: brak dostępu do mszy może spowodować drastyczne skutki dla życia wiecznego. Jeśli nie byłyby one naprawdę drastyczne – a cóż może być bardziej drastycznego niż piekielne męki – to nie byłoby sprawy, można by było spokojnie te msze odwołać. Jeśli jednak powiada się, że zagrożenie epidemiologiczne to betka przy zagrożeniu eschatologicznym, w grę wchodzić muszą naprawdę poważne rzeczy.

Oczywiście, tego rodzaju przekonania wypływają wprost z doktryny katolickiej. Nie są żadną jej radykalną wersją. Są absolutnym mainstreamem. Nie można naprawdę uznawać, że cały świat został stworzony przez wszechwiedzącą i wszechwładną istotę, która przez pewien moment chodziła nawet po tej ziemi; nie można uznawać, że ta istota sprawuje niepodzielną władzę nad dziejami, widzi i słyszy wszystko, a na dodatek bardzo bezpośrednio w historię ludzkości ingeruje; nie można więc wierzyć w to wszystko, a zarazem uznawać, że msza święta, w której owa istota pojawia się we własnej osobie, jest takim samym zgromadzeniem publicznym jak inne. Powtarzam – to wprost wypływa z katolickich wierzeń, to jest ich naturalna i oczywista konsekwencja. I ani mnie nie bulwersuje, ani mnie nie dziwi, że Tomasz Terlikowski tak właśnie uważa.

Pozostawmy na boku pytania, dlaczego ta istota jednych ratuje, a innych nie; dlaczego jednym funduje cudowne uzdrowienia, a innych pozostawia samym sobie? Argument z tajemnicy to w tym przypadku czysta erystyka. Włącza się go wyłącznie wtedy, kiedy ktoś punktuje sprzeczności w religijnym wywodzie. Tam, gdzie sprzeczności nie ma, tam o bóstwie mnóstwo wiadomo i można o nim wiele powiedzieć. Dalej – argument, że wszyscy i tak zostaną nagrodzeni w życiu wiecznym również odpada. Ktokolwiek bowiem w życiu doczesnym cierpiał, ten dostaje cierpienie plus wieczność, inny zaś, który przeżył życie spokojnie i bez jakichkolwiek problemów, dostaje dobre życie plus wieczność, więc z definicji ma lepiej niż ten pierwszy. Słowem – zarzutu niesprawiedliwości i selektywności bóstwa coś takiego nie usuwa, przeciwnie, czyni go jeszcze bardziej intensywnym. Poza wszystkim zaś – skoro bóstwo jest wszechwładne i wszechdobre, to po co dopuszcza cierpienia? Ostatecznie – mogłoby zadecydować inaczej. Już ta prosta konstatacja – że mogłoby, gdyby chciało – stawia je w podejrzanym moralnie świetle. Z kolei okoliczność, że by nie mogło – odbiera mu atrybut wszechmocy. Naprawdę – tego się nie da logicznie uratować. I żadna opowieść o „tajemnicy” nic tutaj nie pomoże.



***

Powtarzam – rozumiem jednak i jestem pewien, że Tomasz Terlikowski naprawdę w to wierzy.

Czy wierzy w to także arcybiskup Gądecki? Być może. On jednak działa tu także jako menedżer wielkiej instytucji, która – rzekłbym – specjalizuje się w spekulacjach na kryzysie i spadkach. To znaczy wchodzi ze swoją ofertą dokładnie tam, gdzie człowiek zderza się z nieprzekraczalnymi ograniczeniami, gdzie koncentrują się jego największe lęki i słabości. I znowu – to zupełnie naturalne, że przedstawiciel, ba, menedżer wysokiego szczebla takiej instytucji dostrzegł w epidemii szansę na wzmocnienie swojej słabnącej ostatnimi czasy marki. Szansę na zdobycie nowej – przerażonej widmem masowych zachorowań – klienteli, której zaoferuje swoje sprawdzone panaceum. Mitologiczno-magiczny przekaz sprowadzający się ostatecznie do jednego: tylko za naszym pośrednictwem bezpiecznie przedostaniecie się do życia wiecznego, a nie na wieczne męki. Jak trwoga to do Boga – z mądrości tkwiącej w tym ludowym porzekadle arcybiskup Gądecki z pewnością zdaje sobie sprawę. Zwłaszcza, że instytucja, którą reprezentuje znaczną część tej trwogi wytworzyła sama, choćby właśnie wymyślając najpierw „wieczne męki”, a później dostarczając na nie lekarstwa. Cóż, że w ramach marketingu tego lekarstwa gotowa jest – jak widać – ryzykować życiem i zdrowiem wielu osób. 



***

I tu właśnie dochodzimy do sedna.

Nie mam nic przeciwko temu, żeby Terlikowski w to wszystko wierzył, a Gądecki nawoływał. Ale nie istnieje powód, żeby świeckie państwo, opierające swoje działanie na eksperckiej wiedzy, a nie na religijnej mitologii, postępowało wedle rekomendacji tej ostatniej. Zwłaszcza – ale nie tylko – w fazie ostrego kryzysu i masowego zagrożenia.

Po prostu, nie ma żadnych przesłanek, że istnieje wszechwładna istota, której jedynym przedstawicielstwem na planecie Ziemia mieni się Kościół katolicki i nie ma żadnych przesłanek, że podczas masowych rytuałów religijnych nie występuje ryzyko epidemiologiczne, które dotyczy całej populacji, w tym także niewierzących. Nie ma także żadnych przesłanek, że „życie wieczne jest ważniejsze niż życie doczesne”, bo nie ma żadnych przesłanek, że istnieje życie wieczne, a także żadnych kryteriów pozwalających przypisać mu większą wartość niż życiu doczesnemu.

Istnieje natomiast wiedza z zakresu zdrowia publicznego, epidemiologii czy medycyny – oparta na zweryfikowanych metodach pozyskiwania najbardziej adekwatnych zdań o rzeczywistości – wedle której ludzkie zbiorowiska, nie wyłączając mszy świętych, stanowią w czasie epidemii bardzo poważne zagrożenie.

Innymi słowy – powinno tu zadziałać państwo. Państwo bowiem powinno chronić wszystkich – i wierzących, i niewierzących – przed groźnymi skutkami irracjonalnych przekonań dotyczących zdrowia i życia. Nie ma to nic wspólnego z wolnością słowa czy wolnością praktyk religijnych. Jeśli praktyki stanowią zagrożenie dla społeczeństwa – trzeba ich zakazać, podobnie jak się zakazuje ofiar z ludzi, choć wciąż istnieją pewnie tacy, co wierzą, że jest to jedyny adekwatny hołd dla bóstwa. I podobnie jak w państwowych szpitalach nie stosuje się w praktyce przekonań Świadków Jehowy dotyczących przetaczania krwi.

Poza wszystkim zaś – wszechwładne i wszechmocne bóstwo, jeśli faktycznie takie jest – z całą pewnością zrozumie powagę sytuacji. Pomyślmy tylko, nawet średnio inteligentny człowiek z elementarną intuicją moralną nie oczekiwałby od swoich podwładnych, żeby w trakcie masowej epidemii uczestniczyli w organizowanych przez niego zebraniach. A co dopiero Stwórca Wszechświata – czy naprawdę ktokolwiek chciałby oskarżać go o aż taką małostkowość?