Opowieść terapeutyczna

0%

Czy można wyobrazić sobie coś bardziej intymnego, niż emocje? Zwłaszcza emocje trudne, bolesne, wiążące się z poczuciem niezrozumienia, traumą, albo ciężkimi doświadczeniami z przeszłości? Kiedy przeżywam tego rodzaju emocje – jestem przecież sam na sam z własnym cierpieniem, jestem najbliżej siebie jak to tylko możliwe. Emocje są bezpośrednie, nie trzeba ich uzasadniać. Kiedy mówię, że kocham, lubię, czuję się zraniony, albo zrozpaczony – nie poddaję tego pod dyskusję. Już sam fakt wypowiedzenia tych uczuć – a może sam fakt pojawienia się ich we mnie – jest wystarczającą rękojmią ich oczywistości, ich niepodlegającego zakwestionowaniu istnienia.

Nic podobnego – mówi jednak współczesna izraelska socjolożka Eva Illouz, autorka m.in. wydanej także w Polsce książki „Uczucia w dobie kapitalizmu”. Nic podobnego, emocje bowiem – podobnie jak wszystko, co niesie ze sobą jakiekolwiek znaczenie, orientuje mnie w świecie społecznych relacji, przedmiotów czy sensów – są wytworem kultury. Co więcej, wytworem kultury jest także moje poczucie „ja”, mój sposób przeżywania i rozumienia siebie, innych ludzi oraz zależności, jakie pomiędzy nami zachodzą. W innych epokach, w innej rzeczywistości społecznej – ludzie doświadczali innych emocji, nadawali odmienne sensy swojej biografii, radosnym i ciężkim zdarzeniom, które ich spotykały. Jakkolwiek więc osobiste i intymne by się nie wydawały, uczucia są efektem specyficznej edukacji sentymentalnej, odbywającej się za pośrednictwem całego szeregu sytuacji formujących mój sposób doświadczania i myślenia. Od najmłodszych lat wpaja mi się pewnego rodzaju zachowania, ale też oczekuje się ode mnie konkretnych reakcji. Uczy się mnie cieszyć, smucić, wstydzić się, denerwować, kochać, lubić, złościć się, przyjaźnić czy nienawidzić. Wskazuje mi się sytuacje pożądane i niepożądane, radosne i smutne. W miarę dorastania i wchodzenia w kolejne kręgi społeczne, ta elementarna edukacja ulega pogłębieniu i poszerzeniu na coraz to nowe sfery: pracy, związków, relacji, ale również tego, czym jest szczęście, zadowolenie, sukces, porażka, życie udane i nieudane. Nigdy zatem, nawet w chwilach największej samotności i prywatności, nie mam bezpośredniego dostępu do moich „naturalnych” czy „autentycznych” uczuć, bo nic takiego nie istnieje – zawsze jest ze mną kultura, ten złożony system, dzięki któremu, i za pośrednictwem którego jestem w stanie w ogóle zdefiniować swoje położenie w świecie.

W tym celu kultura dostarcza mi rozmaitych opowieści czy – jak mawiają fachowo filozofowie i socjolodzy – narracji, które porządkują strumień doświadczeń i układają go w przejrzystą strukturę. Mówią mi do czego mam dążyć, a od czego uciekać. Czego pożądać, a do czego podchodzić z niechęcią. Mówią mi także, jak mam rozumieć poszczególne zdarzenia z mojego życia. Z których odczuwać dumę, a które traktować wstydliwie. Tłumaczą mi również ich sens. Kształtują poczucie tożsamości, dzięki któremu, kiedy mówię o sobie, o swojej przeszłości, o swoich marzeniach, planach czy emocjach – wiem, że odnosi się to wszystko do mojego osobistego „ja”. Dzięki temu czuję się tym, kim jestem, mogę rozumieć siebie oraz innych ludzi, którzy żyją obok mnie i ze mną.

Tak pojmowaną tożsamość współczesnego mieszkańca zachodniej kultury – przekonuje w swoich licznych pracach Eva Illouz – ukształtowała ponad wszystko jedna podstawowa opowieść, a mianowicie opowieść terapeutyczna. Rodzi się ona na samym początku XX wieku wraz z powstaniem psychoanalizy i na bardzo głębokim poziomie zmienia nasz sposób przeżywania i postrzegania siebie. Ważną cechą tej przemiany jest przede wszystkim wpisanie ludzkiej tożsamości w sieć relacji rodzinnych i dzieciństwa, kiedy to mianowicie, w bólach, pasjach i namiętnościach, tworzą się zasadnicze zręby tego, kim jesteśmy. Z drugiej strony – to już efekt rozprzestrzeniania się psychoanalitycznego myślenia po różnych, mniej lub bardziej masowych, strefach kultury – właściwym celem i sensem życia zaczyna być szeroko pojmowana samorealizacja, przezwyciężenie traumatycznej przeszłości i uwolnienie się spod jej hegemonicznej władzy. Tym samym psychologia czy raczej psychoterapia wkracza na pole zarezerwowane do tej pory dla filozofii, religii, etyki czy polityki. Staje się najważniejszym językiem, elementarnym światopoglądem anektującym dosłownie każdą sferę funkcjonowania człowieka.

Opowieść terapeutyczna ma jednak to do siebie, że cierpienie czy patologia są w niej niezbędnie potrzebne, żeby uruchomić pożądany proces „samorealizacji”, „uświadomienia sobie uwarunkowań” czy też „zdrowienia”. Dlatego właśnie w mniejszym stopniu interesuje się jasnym określeniem tego, czym jest ów punkt docelowy wszelkich terapeutycznych wysiłków, bardziej zaś patologizacją rozmaitych doświadczeń czy przeżyć właśnie po to, aby można się było z nich później „uwalniać” czy „leczyć”. Dzięki takiemu radykalnemu poszerzeniu pola patologii – psychologowie przestają skupiać się na ludziach cierpiących na naprawdę ciężkie zaburzenia psychiczne, ich oferta rynkowa kieruje się natomiast do ogółu społeczeństwa. Wizja terapeutyczna zaczyna być wszechobecna, my zaś przeżywamy dziś i pojmujemy rozmaite zdarzenia, które nas spotykają, w kategoriach zahamowań, emocjonalnych blokad, niemożliwości osiągnięcia „spełnienia”, „samorealizacji” czy uświadomienia sobie ukrytych sił, które zawiadują naszym zachowaniem i odczuwaniem.

Przeżywając jakieś ciężkie doświadczenie i odruchowo sięgając do internetu, żeby znaleźć telefon do psychoterapeuty, który pomoże nam się z nim uporać – warto się zatem zastanowić czy przypadkiem nie wpadamy właśnie w te sprytnie ustawione sidła terapeutycznej opowieści. Opowieści, która najpierw definiuje pewne przeżycia jako niepożądane i wymagające „przepracowania”, a następnie dostarcza środków, żeby ten upragniony cel zrealizować.