Potęga fasady

0%

Finał Wielkich kłamstewek, który pokazano w HBO w minioną niedzielę, wywołał lawinę komentarzy w mediach społecznościowych. Trudno się dziwić. To jeden z najlepszych seriali ostatnich lat. Nie tylko znakomicie nakręcony i zagrany, lecz także otwarcie dotykający wielu ważnych społecznych problemów, przede wszystkim męskiej przemocy wobec kobiet. Jest to więc produkcja w najlepszym tego słowa znaczeniu zaangażowana.

Potrzeba zrozumienia

0%

Peter Sloterdijk – jeden z ostatnich żyjących „wielkich filozofów” – powiedział kilka lat temu, że najbardziej dojmującą współczesną potrzebą jest potrzeba zrozumienia. Zaskakujące, nieprawdaż? A może nawet prowokacyjne. Powiedzieć coś takiego w epoce rosnących nierówności społecznych, kryzysu finansowego, który pogrzebał marzenia o spokojnym, dostatnim życiu u wielu przedstawicieli klasy średniej, w epoce powszechnej destabilizacji i lęku przed zbrojnym konfliktem na skalę globalną – to powiedzieć rzecz w najlepszym razie kontrowersyjną.

Ucieka nam świat

0%

Już kiedy wsiadam do londyńskiego metra, które za moment dowiezie mnie do stacji Westminster, mam nieodparte poczucie, że znalazłem się w jakimś skeczu Monty Pythona. Jednym z tych, w których obiektem okrutnych kpin stają się brytyjscy urzędnicy…

W poczekalni Izby Lordów – gdzie umówiłem się z prof. Anthonym Giddensem, żywym klasykiem, jednym z najważniejszych współczesnych socjologów, autorem wielu książek o późnej nowoczesności i podręczników, z których uczą się kolejne pokolenia studentów, a także czynnym parlamentarzystą – znowu to samo. Szare garnitury, rumiane twarze, okulary w przezroczystych oprawkach.

Depresja jest obroną

0%

Skoro smutek może stać się destrukcyjny i paraliżujący, to może warto też nauczyć się go tolerować. Żeby móc przeciwdziałać jego eskalacji i osuwaniu się w depresję, trzeba widzieć w nim też sprzymierzeńca.

 
 

Gniew a sprawa polska

0%

Nie mogłem się pomylić, wytyczne były więcej niż dokładne. Powinienem czekać – punktualnie o drugiej po południu czasu miejscowego – przy drugim wejściu do University of Chicago Law School. Czterdzieści pięć minut wcześniej Martha Nussbaum – jedna z najważniejszych współczesnych filozofek, nawiązująca w swojej bogatej twórczości zarówno do Platona i Arystotelesa, jak i do współczesnej literatury, a nawet oper mydlanych i reality shows; autorka wielu książek i tekstów poświęconych pojęciom wspólnoty, wolności oraz znaczeniu emocji w kształtowaniu się demokratycznych społeczeństw – będzie jadła lunch w jednej z restauracji na uniwersyteckim kampusie.

Umrzyj, ale miło – poradnik

0%

Dopóki żyjemy w przekonaniu, że nasze doświadczenie domaga się korekty, dopóty będziemy inwestować w poradniki i sesje coachingowe. Dyskomfortem, który można skorygować, staje się też śmierć.

Bronnie Ware podkreśla na każdym kroku, że dopiero dzięki śmierci naprawdę zrozumiała, czym jest życie. Wielką szansą, cudem, okazją do zrealizowania wszystkich możliwych pasji i marzeń. Potrzeba do tego tylko odwagi. I świadomości, że prędzej czy później już nas tutaj nie będzie. To właśnie ta świadomość pozwala nam się przebudzić. Poczuć smak każdej chwili.

Wielu z nas jednak tę świadomość odrzuca. Żyje tak, jakby miało się to nigdy nie skończyć. Dlatego właśnie nagminnie doświadczamy pustki, lęku i niezrozumienia ze strony innych, których zresztą sami nie potrafimy zrozumieć. Nie okazujemy naszych prawdziwych uczuć, za dużo pracujemy, nie dbamy należycie o kontakty z przyjaciółmi i ostatecznie sami sobie nie pozwalamy na szczęście…

Zagłuszyć własne wołanie

0%

By dostać diagnozę epizodu depresyjnego zgodnie z międzynarodową klasyfikacją chorób ICD-10, należy wykazywać przez minimum dwa tygodnie przynajmniej dwa spośród następujących objawów: obniżenia nastroju, utraty zainteresowań i zdolności do radowania się oraz obniżenia poziomu energii.

Od lat trwa dyskusja, czy powinno się stawiać tę diagnozę w przypadku śmierci bliskiej osoby. Bo spełnienie powyższych kryteriów – oraz szeregu innych, jak osłabienie koncentracji czy zmniejszony apetyt – nie jest w takiej sytuacji niczym niezwykłym.

W grudniu 2012 r. Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne przegłosowało zmianę w wydawanym przez siebie poradniku „DSM”. Obowiązujące od lat zalecenie, aby nie diagnozować epizodu depresyjnego u osób, które w ciągu dwóch poprzednich miesięcy straciły kogoś bliskiego – zostało usunięte. Uchylono więc furtkę do…

Pokuta przez krew

0%

Bóg nie pozostawił im wątpliwości. Żadnych zawiłych metafor, dwuznacznych symboli, pokrętnych proroctw, zagadkowych przesłań. Precyzyjnie i wprost przedstawił wszystko, co należy zrobić. W tej sytuacji Ron Lafferty i jego brat Dan nie mieli po prostu innego wyjścia. Bogu się przecież nie odmawia. Zwłaszcza jeśli się w niego wierzy tak żarliwie jak oni.

„Oto Ja, Pan – tymi dokładnie słowy zwrócił się do nich pewnego wieczora – mówię mym sługom, Prorokom. Jest Moją wolą i żądaniem, abyście usunęli po kolei następujące osoby, które są zaporą na Mej ścieżce i się stały przeszkodą dla dzieła Mego. Po pierwsze żonę brata twego, Brendę, i jej dziecko. (…) Jest Moją wolą, ażeby usunąć ich czym prędzej, jedno po drugim. Niech będzie to nauczka dla tych, którzy występują przeciwko prawdziwym Bożym Świętym. (…) Bądźcie spokojni, bo Pan Zastępów jest z Wami. Tak: Amen”.

Był…

Mindware – twoja skrzynka z mózgowymi narzędziami

0%

Jak ją przeczytasz, nie wzrośnie ci IQ, ale będziesz o wiele mądrzejszy – obiecuje autor książki „Mindware. Narzędzia skutecznego myślenia” Richard Nisbett. Czy można mu wierzyć?

Książka, o której mówiliśmy w „Klubie Trójki”, to połączenie wielu dziedzin wiedzy. Są w niej elementy psychologii, filozofii, ale i ekonomii. A to dlatego, że – jak mówili goście Dariusza Bugalskiego – mindware to skrzynka z narzędziami.

Okazuje się, że nasz mózg jest pewnego rodzaju narzędziem, które nie jest idealne i dlatego musimy poznać jego działanie. Dopiero wtedy uda nam się uniknąć nieracjonalnych decyzji, których – jak twierdzą eksperci – podejmujemy w życiu większość.

Trójka Polskie Radio

Tanie dranie: Czy Polaków stać na własną filozofię?

0%

Corpus Philosophorum Polonorum to seria prezentująca dorobek polskiej filozofii dawnej. Od średniowiecza do I wojny światowej. W Belwederze właśnie zaprezentowano pierwszych sześć tomów. Co polscy myśliciele wnieśli do dziedzictwa światowego? Czy byli oryginalni i przełomowi jak Mikołaj Kopernik? Czy raczej mało znani jak Mateusz z Krakowa, czy Paweł z Worczyna? A dziś? Jaka jest kondycja współczesnej polskiej humanistyki? Czy polskie życie umysłowe jest twórcze, czy jedynie przerabiamy cudze idee? Czy w polskim kodzie kulturowym jest silny gen konformizmu umysłowego? Czy czas humanistów minął? W studiu: profesor nauk humanistycznych Jadwiga Staniszkis oraz publicysta i filozof Tomasz Stawiszyński

Narcystyczna osobowość naszych czasów

0%

Kim jest współczesny narcyz? Może być brawurowo pokonującym kolejne szczeble menadżerskiej kariery pracownikiem korporacji, po godzinach szukającym duchowych uniesień w medytacji. Może być politykiem, rozprawiającym przed kamerami o wartościach, który w zaciszu kuluarów kalkuluje, jak utrzymać się przy władzy. Może też być celebrytą, wdychającym obłok chwilowej sławy, by – kiedy ten się już rozproszy – na powrót pogrążyć się w życiowej pustce.

Jedno jest pewne: ma wszelkie predyspozycje, by sobie sprawnie radzić w dzisiejszym świecie. Co oczywiście nie znaczy, że jest z tego powodu szczęśliwy. Przeciwnie. Miotany sprzecznymi emocjami, niezdolny do nawiązania głębszych relacji, nienawidzący siebie na równi z uwielbieniem, jakiego oczekuje od innych. Choć żyje w świecie wyobrażeń o swojej wielkości i sławie – wspina się jednak na wysokie szczeble społecznej hierarchii….

Już tu jesteśmy

0%

Był rok 1883, kiedy Samuel D. Warren, błyskotliwy, doskonale zapowiadający się prawnik, świeżo upieczony absolwent prestiżowej Harvard Law School, poślubił Mabel Bayard, córkę wpływowego amerykańskiego senatora. Na wystawne przyjęcie zaproszono wszystkich liczących się przedstawicieli ówczesnej politycznej i prawniczej elity Bostonu. W tym wymagającym towarzystwie brylował także Louis Brandeis – serdeczny przyjaciel pana młodego z czasów studenckich, jego aktualny wspólnik w niedawno otwartej kancelarii i równie jak on obiecujący adwokat, a przy tym urodzony w Kentucky syn żydowskich emigrantów, którzy w latach 50. XIX wieku uciekli z Pragi z obawy przed narastającym antysemityzmem. Obydwaj przyjaciele bawili się doskonale, nie zdając sobie jednak sprawy – to bowiem przywilej perspektywy historycznej, z zewnątrz spoglądającej na dokonane już i przeżyte losy – że właśnie ten radosny dzień zadecyduje w jakimś sensie nie tylko o ich własnych karierach, lecz także, a może przede wszystkim, o przyszłym kształcie prawno-społecznego porządku zachodniej kultury.

Rodzice Brandeisa pamiętali publiczne piętnowanie ich żydowskiego pochodzenia, gazetowe śledztwa doszukujące się podejrzanych w oczach opinii publicznej etnicznych korzeni, atmosferę nagonki i nieustanne poczucie zagrożenia. Louis słuchał tych opowieści i chociaż były dla niego wyłącznie odpryskiem egzotycznej, nieznanej przeszłości, która go przecież w najmniejszym stopniu bezpośrednio nie dotyczyła, zdawał sobie sprawę, że ta spokojna i wolna od podejrzliwych spojrzeń egzystencja, którą wiodą w Stanach Zjednoczonych, jest mimo wszystko dobrem rzadkim i luksusowym. Warren, dotychczas beztroski, nie miał o tym wszystkim zielonego pojęcia, dlatego relacje z rodzinnych perturbacji przyjaciela nie robiły na nim specjalnego wrażenia.

Ślub z Mabel Bayard radykalnie odmienił jednak jego życie. Małżeństwem przebojowego adwokata i córki znanego polityka od samego początku zainteresowali się reporterzy bostońskich gazet. Chodzili za nimi krok w krok. Regularnie publikowali teksty dotyczące ich życia. W latach 1883–1890 ukazało się ponad sześćdziesiąt artykułów opartych na plotkach i doniesieniach rozmaitych „życzliwych”, acz anonimowych znajomych i przyjaciół obu połączonych rodzin, w tym wielkie relacje z pogrzebów matki i siostry Warrena. Wściekły i bezradny wobec tej wdzierającej się w jego życie fali sensacji i wścibstwa, zwierzał się ze swej bezsilności najbliższemu przyjacielowi. Ich długie rozmowy zaowocowały ostatecznie wspólnie napisanym artykułem, który – jak zgodnie twierdzą historycy – okazał się absolutnym kamieniem milowym amerykańskiego i światowego prawodawstwa. Liczący 7222 słów (jak na dzisiejsze standardy – objętość zdecydowanie skondensowana) esej pod tytułem „Prawo do prywatności” (The Right to Privacy) ukazał się w 1890 roku na łamach „Harvard Law Review” – i po dziś dzień pozostaje jednym z najważniejszych i najczęściej cytowanych prawniczych dokumentów wszech czasów.

Prawo do prywatności – dowodzili autorzy – jest od zawsze zawarte w prawie zwyczajowym, choć do tej pory nie zostało jeszcze dookreślone i wyszczególnione. Chodzi tu jednak o istniejące już i niezbywalne dobro, które, wobec gwałtownego rozwoju prasy i fotografii prasowej, domaga się jednoznacznego sformułowania. Jego zasadniczym przedmiotem jest „nienaruszalna osobowość człowieka”, każdy z nas bowiem winien „być pozostawiony w spokoju”, jeśli tylko sobie tego życzy.

2.

Trzydzieści jeden lat wcześniej pojawia się w kulturze amerykańskiej inny tekst, który wywrze na kształt współczesnego świata równie fundamentalny wpływ, co oparte na smutnych, osobistych doświadczeniach dzieło Warrena i Brandeisa. Jego autorem jest Samuel Smiles, szkocki pisarz i filozof, nieco dziś zapomniany ojciec założyciel gatunku literackiego, który od wielu już lat niepodzielnie dominuje wszelkie możliwe listy bestsellerów. Jednak niepozorna książeczka Smilesa pod napawającym nadzieją tytułem „Samopomoc” – książeczka, która skądinąd, zanim trafiła na księgarskie półki, nie znalazła szczególnej aprobaty w oczach kilku liczących się wówczas wydawców – wyznacza nie tylko moment narodzin nowoczesnej literatury poradnikowej. Jak twierdzi Eva Illouz, wybitna izraelska socjolożka, Smiles dokonuje także zasadniczej reorientacji w sposobie konstruowania zachodnich narracji tożsamościowych, a tym samym – wraz z pojawiającym się na arenie idei kilkadziesiąt lat później Zygmuntem Freudem – staje się prekursorem zjawiska określanego przez Illouz mianem „kultury terapeutycznej”.

 

Chociaż pierwotne przekazy Smilesa i Freuda zasadniczo się od siebie różnią, w miarę rozwoju kultury popularnej, gazetowego poradnictwa i psychoanalizy stapiają się w jeden narracyjny stop, wyznaczający w ogromnej mierze nasz dzisiejszy sposób konstruowania i rozumienia „ja”. Rewolucyjny potencjał tkwiący w egalitarnym komunikacie „Samopomocy” – możesz zmienić swoje życie niezależnie od miejsca, jakie zajmujesz w społecznej strukturze, potrzebujesz tylko odpowiednio nastrojonej i zdeterminowanej woli, twoja sytuacja zewnętrzna odzwierciedla bowiem dynamikę wewnętrznych przekonań i napięć – zderza się najpierw z gruntownie konserwatywną psychoanalityczną diagnozą, w myśl której społeczne i kulturowe uwarunkowania są generalnie rzecz ujmując nieprzekraczalne, a przynajmniej nie poprzez proces psychoanalityczny. „W obliczu nadmiaru nerwicowego nieszczęścia na całym świecie, które pewnie nie musiało zaistnieć – pisze Freud w 1919 roku – to, które jesteśmy w stanie usunąć, jest prawie nieistotne. Poza tym, nasze warunki życiowe ograniczają naszą pracę do dobrze sytuowanych klas wyższych (…) Dla szerszych warstw społecznych, które w najwyższym stopniu cierpią na nerwice, nie robimy tymczasem niczego”. Co więcej, gotowość ludzi biednych do zmierzenia się z własnym zaburzeniem jest nie tylko problematyczna, ale wręcz – dla nich samych – w jakimś sensie groźna, „ponieważ ciężkie życie, jakie ich czeka po wyzdrowieniu, nie jest dla nich żadną atrakcją, a choroba daje im możność ubiegania się o pomoc społeczną”.

Tymczasem współczesna kultura terapeutyczna doskonale spaja obie te metody, konstruując wizję, w obrębie której psychoanalityczne „przepracowanie” osobistej historii – rozpoznanie splątań w relacjach z rodzicami, rozbrojenie destrukcyjnego potencjału wczesnych traum oraz last but not least uświadomienie ukrytych tendencji i wzorców blokujących psychologiczny rozwój – staje się sposobem na osiągnięcie wielopoziomowego sukcesu. Uwewnętrznienie emocji, koncentracja na jednostkowym doświadczeniu i jednostkowej historii, praca nad relacjami intymnymi, odnajdywanie indywidualnych wczesnodziecięcych uwikłań w przestrzeni rodzinnej, analiza pragnień, życzeń, kompleksów i zahamowań, niepoddana analizie działalność w świecie zewnętrznym kwalifikowana jako acting out oto instrumenty, z pomocą których konstytuuje się we współczesnej kulturze terapeutycznej „dojrzałe i świadome «ja»”, dopiero po przejściu wszystkich wspomnianych etapów gotowe do pełnego i nieneurotycznego uczestnictwa w sferze publicznej. A ponieważ proces analityczny jest właściwie nieskończony – nie ze względu na filozoficzne założenia psychoanalizy albo psychologiczną realność, ale przede wszystkim ze względu na podaż terapeutycznej oferty, która, żeby zachować rynkową atrakcyjność, musi utrzymywać klienta w stanie permanentnego zapotrzebowania na swoje usługi – współczesna jednostka wciąż przepracowuje osobistą historię, pozostając w nieskończonej gotowości do podjęcia realnej konfrontacji z otaczającym ją światem, ale nigdy jej faktycznie nie podejmując. Przemysł terapeutyczny sukcesywnie anektuje zaś kolejne zachowania czy doświadczenia jako problemy wymagające psychologicznej korekcji, będąc przy tym – jak podkreśla Illouz i jak wskazywał wielokrotnie amerykański psycholog i zarazem krytyk psychoterapii James Hillman – nośnikiem coraz bardziej restrykcyjnych i niemożliwych do spełnienia ideałów. To właśnie wiele nurtów terapeutycznych posługuje się dziś na przykład wysoce normatywną wizją „dojrzałego rodzicielstwa”, choć tradycyjna forma rodziny, jak pokazują statystki, zdecydowanie odeszła już w przeszłość. Sięganie po niedościgniony wzorzec rodzica – rozpoznającego wszystkie potrzeby dziecka, dbającego o jego autonomię, a zarazem spełniającego funkcję miękkiego autorytetu, rozumiejącego i wyzbytego tendencji „toksycznych” – tworzy przede wszystkim dogodną sytuację rynkową. Wytwarza mianowicie zapotrzebowanie na terapeutyczne usługi, diagnozuje bowiem większość realnych rodzin jako środowiska tak czy inaczej dysfunkcjonalne, naruszające więc naturalną harmonię psychiki ich członków, ci zaś dopiero w procesie analizy będą mogli uporać się z ciężkim brzemieniem przeszłości.

„Zdrowa” tożsamość wykuwa się tutaj zatem w niekończącym się procesie analitycznym, którego terenem jest prywatna, intymna historia – relacje z rodzicami, partnerem czy partnerką, ukryte pragnienia i marzenia, fantazje seksualne, kompleksy, zahamowania i lęki. Osobista historia otoczona jest więc szczególną troską, jako podłoże, na którym wyrasta indywidualne i niepowtarzalne „ja” – o tyle jednak, co istotne, o ile procesowi wzrostu towarzyszy troskliwa i profesjonalna asysta. Psychoterapeutyczny gabinet staje się konfesjonałem, psychoterapeuta zaś spowiednikiem, żaden niepowołany intruz nie ma prawa zakłócić głębokiej, intymnej relacji pomiędzy nim a pacjentem, tajemnica ochrania szczegóły ich spotkań, padają słowa i wyznania, które mogą paść tylko tutaj. W tym bezpiecznym zaciszu, niczym w alchemicznej retorcie, mieszają się i krystalizują zasadnicze składniki „psychologicznej dojrzałości” – i dopiero po takich preliminariach można odpowiedzialnie próbować uczestnictwa w szkole, pracy czy związku, tylko po to jednak, aby następnie powrócić do terapeutycznej konspiracji i poddać gruntownej refleksji wszystkie te nowe, zewnętrzne wobec terapii doświadczenia.

Wewnętrzna przestrzeń i osobista historia – widziane, a zarazem przetwarzane w zapośredniczających oczach innego – nabierają w tym kontekście fundamentalnej wagi. Stają się w pełnym tego słowa znaczeniu święte. Podobnie jak ongiś tajemnica boskiej transcendencji stała u podstaw społeczno-politycznego porządku – na co zwróciła niedawno uwagę Jill Lepore, amerykańska historyczka i publicystka „New Yorkera” – tak dzisiaj przemieściła się ona w domenę jednostki i jej prywatnego świata. Szczególny proces sekularyzacji (a także psychologizacji) metafizycznej tajemnicy, na której zbudowano średniowieczną strukturę państwa – uważa Lepore – doprowadził do stopniowych i subtelnych przesunięć, w wyniku których ten tradycyjny porządek uległ całkowitemu odwróceniu. Instytucje stały się transparentne – tajemnica zaś jednostkowa. Współczesny mieszkaniec zachodniej kultury żywi zatem głębokie przekonanie o niezbywalnej wadze swoich osobistych doświadczeń – są one wszak budulcem jego niepowtarzalnego „ja”, decydują o powodzeniu bądź fiasku podejmowanych życiowych działań, stanowią także klucze do skarbca, w którym ukrywają się wszystkie jego dotychczas niezrealizowane siły i potencjały. Są więc – mówiąc bez większej przesady – świeckim, ale przez to wcale nie mniej mitologicznym, depozytem jego osobistego losu i przeznaczenia. Tyle że w czasach średniowiecznych koniecznym zapośredniczeniem pomiędzy jednostką a jej losem była instytucja Kościoła, w dobie kultury terapeutycznej jest nią natomiast terapeuta albo w ogóle „inny”, przed oczami którego, w myśl zasady esse est percipi, jednostkowa tożsamość przyobleka się w byt, a zarazem wyzwala z magmy nieistnienia.

3.

Przemiany związane z rozwojem mediów i technologii informacyjnych – które Warren i Brandeis tak doskonale wyczuli może właśnie dlatego, że dość wcześnie padli ich ofiarą – splatają się z przemianami w narracjach tożsamościowych opisywanymi przez Illouz czy Hillmana. Dopiero perspektywa uwzględniająca oba te kulturowe nurty jest w stanie zadośćuczynić paradoksalnemu kontekstowi współczesnych debat o prywatności. Z jednej strony bowiem epoka reality shows, mediów społecznościowych i przenikającej do głównego nurtu pornografii wydaje się czasem nieograniczonego ekshibicjonizmu, któremu obca jest jakakolwiek intymność, z drugiej strony walka o prywatność staje się gorącym tematem politycznych sporów, wszelkie zaś jej naruszenia – zwłaszcza czynione pod płachtą działających w sekrecie tajnych służb – wywołują gigantyczne emocje i protesty.

Dlaczego zatem współczesny mieszkaniec Zachodu żyje w tego rodzaju rozdarciu? Dlaczego jedną ręką publikuje na portalach społecznościowych prywatne zdjęcia, deklaruje swoje polityczne, estetyczne i egzystencjalne sympatie oraz antypatie, dlaczego sekunda po sekundzie sprawozdaje najintymniejsze szczegóły swojego osobistego i zawodowego życia, dlaczego gotów jest odwiedzać telewizyjne i radiowe programy, w których chętnie relacjonuje najbardziej pikantne momenty własnej biografii, a zarazem drugą ręką gwałtownie protestuje przeciwko działaniom zakładającym podsłuchiwanie jego rozmów telefonicznych albo lekturę elektronicznej poczty?

Sytuacja niewątpliwie dwuznaczna. Przemieszanie narracji opartej na pojęciu samorealizacji z psychoanalityczną opowieścią o tożsamości wykuwającej się w procesie retrospektywnej konfrontacji ze sferą intymnych doświadczeń i traum, pada mianowicie na żyzny grunt rozwijających się błyskawicznie technologii informacyjnych. Proces terapeutyczny bowiem – zakładający fundamentalne, ale kontrolowane ogołocenie, pełną ekspozycję chaotycznej plątaniny traum i fantazji, aby, za pośrednictwem asystującego i obserwującego innego, przeobraziły się one gruntownie i ukonstytuowały nowe, stabilne, dojrzałe, odpowiadające ideałowi „ja” – staje się dzięki swojej transparentności i masowej dostępności jedyną dostępną formą partycypacji w jakiejkolwiek zbiorowości. Eksponując siebie publicznie, jednostka dowodzi swojej odrębności, a zarazem poświadcza własne istnienie – staje się, w pełnym znaczeniu tego sformułowania, pełnoprawnym uczestnikiem grupy, którą tworzą pospołu dokonujące podobnego rytualnego obnażenia albo tylko obserwujące obnażających się innych jednostki, oferujące odpowiednio negatywny bądź pozytywny feedback.

Innymi słowy, w panterapeutycznej kulturze niemal każda forma interakcji z innymi staje się quasi-terapią. Jej warunkiem jest jednak deklaratywna, choć w gruncie rzeczy prawie stuprocentowo iluzyjna kontrola. Kontraktowy charakter sytuacji terapeutycznej, a więc także wejścia w sferę publiczną, ma charakter niekwestionowanego dogmatu, podtrzymującego konieczne przekonanie o dobrowolnym i podmiotowym uczestnictwie zaangażowanych w nią stron – a także sankcjonującego i zachowującego tajemnicę tej współczesnej powszechnej spowiedzi. W sieci rozwiniętych technologii informacyjnych kontrola nie jest wszakże możliwa czy raczej zasięg jej obowiązywania poszerza się w sposób nieprzewidywalny. Tracą więc ją zarówno ci, którzy decydują się na pozornie sterowane obnażenie, jak i ci, którzy występują w roli jego świadków. I jedni, i drudzy wprzęgnięci zostają natomiast w samoczynnie napędzające się i rozrastające informacyjne perpetuum mobile – żyjące własnym życiem, a przy tym utrzymujące swoich uczestników w przekonaniu, że to oni dyktują tutaj wszelkie warunki. Wydaje się im, mówiąc dosadnie, że panują nad informacjami udostępnianymi innym – tymczasem nikt nad nimi nie panuje, łącznie zresztą z tymi, którzy specjalizują się w magazynowaniu i przetwarzaniu tych danych.

Działają tu bowiem także dwie mniej lub bardziej widoczne agendy – polityka i biznes – które realizują poprzez tę wirtualną sieć zależności własne cele. Ilekroć cele te stają się jawne, ilekroć przedostają się do opinii publicznej – jak w przypadku ujawnienia planów wdrożenia systemu PRISM albo doniesień o profilowaniu użytkowników portali społecznościowych, mającym na uwadze marketingowe wykorzystanie ich preferencji i sympatii – tylekroć podnoszą się głosy sprzeciwu, oparte jednak zazwyczaj na fałszywym z gruntu przekonaniu o wolności i niepodległości wszystkich uczestników tej informacyjno-tożsamościowej rozgrywki. Tymczasem są one dopiero do zdobycia, a im dłużej podtrzymujemy przekonanie o ich realności, tym bardziej atrakcyjnym stajemy się obiektem rozmaitych politycznych i marketingowych działań.

Dopiero bowiem rozpoznanie, że nasza osobista historia jest w istocie banalna i powtarzalna, dopiero rozpoznanie, że nasze personalne dramaty, lęki, traumy i fantazje odtwarzają schematy popularnych terapeutycznych narracji, dopiero zatem doświadczenie fundamentalnej nieistotności naszej indywidualnej historii, uczyni nas realnie odpornymi na marketingową obietnicę osiągnięcia wyobrażonej psychologicznej dojrzałości albo innego niedosiężnego ideału. Dopiero świadomość, że już tu jesteśmy – w splątaniach, relacjach, zależnościach, deficytach i roszczeniach wobec innych – pozwala przekroczyć oczekiwanie, że musimy się do właściwego istnienia w drodze specyficznego procesu terapeutycznego przygotować. Wówczas ta samonapędzająca się machina wytraci na chwilę impet, a realna dyskusja o granicach prywatności, relacjach pomiędzy biznesem, polityką a internetem oraz kodeksem postępowania w sieci stanie się na nowo możliwa.

Dopóki jednak ja sam traktuję moją indywidualną historię, moje fantazje, pragnienia, traumy, relacje i predylekcje jako dokumenty pierwszej wagi konstytuujące w oczach innych moją publiczną tożsamość, dopóty dokładnie w ten sam sposób traktować i używać ich będą zarówno poszukujący łatwego zysku marketingowcy, jak i przekonani o doniosłym ich znaczeniu politycy. A przecież mogę pomyśleć je zupełnie inaczej, mogę uznać, że określają i definiują mnie na przykład zaangażowanie w realną zmianę sytuacji cierpiących; autentyczna pomoc niesiona tym, którzy jej potrzebują; miłość do innego człowieka, której nie muszę „przepracowywać” i której nie rozpatruję jako projekcji moich własnych uwarunkowań albo zaspokojenia moich infantylnych pragnień czy aktualnych potrzeb. Nie odwróci to zapewne zasadniczych procesów cywilizacyjnych, ale być może choć trochę osłabi dojmujący ciężar zachodniego ego, które nareszcie, jak postulowali Warren i Brandeis, będzie mogło „być pozostawione w spokoju”.

Cykl tekstów filozoficznych „Rzeczy i myśli” powstaje we współpracy z Fundacją na rzecz Myślenia im. Barbary Skargi w ramach projektu finansowanego ze środków Fundacji PZU.
W cyklu, co kilka miesięcy, będziemy też zamieszczać listę filozoficznych nowości wydawniczych z krótkimi omówieniami. Prosimy o nadsyłanie książek na adres redakcji. Kolejny tekst powstanie na podstawie nowości nadesłanych do końca września.

Kto da radę jaszczurom?

0%

Świat teorii spiskowych jest uporządkowany, hierarchiczny i sprawiedliwy. Idealny dla samotnego i niepewnego mieszkańca Zachodu.
Kto rządzi światem?

I czy istnieje jeden ukryty ośrodek władzy czy też raczej kilka walczących ze sobą o wpływy? Czy finansowa elita dąży do zredukowania populacji? Czy lądowanie na Księżycu było inscenizacją? Czy najważniejsi światowi politycy, bankierzy i gwiazdy filmowe są w istocie –

Hala odlotów: Czy Kościołowi Franciszka grozi schizma?

0%

Mija dziesięć lat od śmierci Jana Pawła II, a zarazem dwa od rozpoczęcia pontyfikatu Franciszka, którego liberalne reformy podzieliły katolików na całym świecie. Czy Kościołowi grozi schizma? – Próbując zrozumieć pontyfikat Franciszka, proszę sobie przypomnieć jak powstał – to kardynałowie skrytykowali, to co wewnętrznie dzieje się w Kościele i zażądali odgórnej reformy – podkreśla o. Tomasz Dostatni, dominikanin. – Papież bezprecedensowo przekierowuje myślenie z kwestii biopolityki na kwestie nierówności społecznych i to otwiera przestrzeń do porozumienia pomiędzy ludźmi niewierzącymi, a Kościołem – mówi filozof Tomasz Stawiszyński.

Nowoczesna technologia zbawiania

0%

Jak w to wszystko można wierzyć? ­– pytał sam siebie Lawrence Wright, amerykański dziennikarz, współpracownik „New Yorkera”, autor kilku monumentalnych książek reporterskich, ilekroć natykał się w prasie czy telewizji na wzmianki o Kościele scjentologicznym. Ta religijna organizacja – mająca wśród wyznawców śmietankę hollywoodzkich gwiazd, m.in. Toma Cruise’a, Johna Travoltę i Kirstie Alley, ale także np. słynnego muzyka Chicka Coreę – opiera się bowiem w całości na osobliwych kosmologicznych fantazjach L. Rona Hubbarda, amerykańskiego pisarza science fiction, który już w latach 40. przekonywał ponoć swoich kolegów po piórze, że nie ma lepszego sposobu na zarobienie naprawdę konkretnych pieniędzy, niż założyć własną religię.

Panoramiczny przegląd marzeń

Liczący dzisiaj od kilkuset tysięcy do kilku milionów wyznawców Kościół (w zależności od źródeł…

Jak zostać sfrustrowanym egoistą

0%

JW 1875 r. w eleganckiej londyńskiej restauracji spotkało się dwóch dżentelmenów. Pierwszym był Samuel Smiles, niedoszły lekarz, zapalony szkocki publicysta i reformator, autor wydanej 20 lat wcześniej, bests- ellerowej książki „Self-help” („Samopomoc”), która już w pierwszym roku po publikacji osiągnęła status dzieła kultowego. Drugim – George Routledge, jeden z najsłynniejszych brytyjskich wydawców tamtych czasów, założyciel istniejącej do dziś oficyny Routledge, mający wówczas w swoim dossier takich klasyków jak Harriet Beecher Stowe, Washington Irving, Benjamin Disraeli czy James Fenimore Cooper.
– Kiedy mianowicie będę miał honor opublikowania którejś z pańskich książek? – zapytał Routledge. Na to Smiles uśmiechnął się tajemniczo i patrząc swemu rozmówcy prosto w oczy odparł: – Nie wiem, czy pan pamięta, ale 20 lat temu miał pan już przecież honor odrzucić „Self-help”.
Żal, jaki Smiles żywił do Routledge’a, był tak wielki, że ani legendarnemu łowcy talentów, ani jego potomkom, nie dane było opatrzyć emblematem swojej rodzinnej firmy książki człowieka, który okazał się nie tylko autorem największego sukces…

Tropem herezji

0%

Olga Tokarczuk, pisarka: Miliardy żyjących przed nami ludzi nigdy nie zostało „zapisanych”. Chciałam, żeby „Księgi Jakubowe” udzieliły im głosu. Przywróciły ich z nieistnienia.

Olga Tokarczuk odebrała Nagrodę Nike za powieść „Księgi Jakubowe”. Tym samym stała się podwójną laureatką: poprzednią Nike dostała w 2008 r. za powieść „Bieguni”. Książki Tokarczuk już sześć razy znajdowały się w finale nagrody – pięć z nich, w tym „Księgi Jakubowe”, zdobyło też Nike Czytelników…

Oryginalna uroda

0%
Sylwia Chutnik, pisarka: Do szału mnie doprowadzały marudzenia o Warszawie, gdzie brudno, brzydko i beznadziejnie. Teraz ludzie nabrali odwagi, by stolicę polubić i przestać wreszcie obmawiać ją za plecami.

TOMASZ STAWISZYŃSKI: Jesteśmy miastem, w którym mieszkamy – powiedział kiedyś Michael Ventura, amerykański pisarz i publicysta. To Twoim zdaniem tylko efektowna metafora czy raczej opis głębokich rejestrów naszej tożsamości, łączącej się z miejscem, w którym żyjemy?

SYLWIA CHUTNIK: Podoba mi się budowanie swojej tożsamości z widoków, zapachów i charakteru miejsca, w którym się żyje. Wcale nie jestem pewna, czy musi to być koniecznie miasto. Obserwuję dziwne, raczej sztuczne, przeciwstawianie miasta wsi i na odwrót. Tak jakby natura z kulturą musiały toczyć nieustającą walkę.
Mnie ukształtowały spaliny Warszawy i poranne szaleństwo ptaków na działce w środku lasu. W obu przypadkach charakter miejsca w dużej mierze związany jest z naszymi wspomnieniami, rodziną, drobnymi opowieściami i kolorami dzieciństwa.
Chyba że cytat odnosi się…

Między traumą a heroizmem

0%
TOMASZ STAWISZYŃSKI: 70. rocznicy Powstania Warszawskiego, jak co roku, towarzyszy spór o sens walk. Rzadko jednak pytamy o cenę, którą za udział w Powstaniu musiały zapłacić jednostki. W szczególności – dzieci. Warszawski Pomnik Małego Powstańca przedstawia dziecko w roli zbrojnego obrońcy swojego miasta. Czy nie jest to, poza wszystkim, horrendalne nadużycie – dziecko walczące na wojnie?

ZENON WALDEMAR DUDEK: Dzieci, kobiety i cywile są najbardziej poszkodowanymi ofiarami wojny. W wojnie „klasycznej” walczą wojownicy – wyszkoleni żołnierze. Umawiają się na polu bitwy, atakują strategiczne punkty. W ramach tej etyki cywilów się oszczędza. Współczesna wojna zatarła te granice. Wciągnęła dzieci w okrutną walkę. II wojna światowa – zwłaszcza w Polsce – była szczególnym przypadkiem wojny niesprawiedliwej, jakie nie istnieją w świecie zwierząt, o których myślimy, że są bardziej drapieżne niż ludzie. Dziecko, które staje z bronią obok dorosłego, jest ilustracją chaosu, obłędu wojny skierowanej przeciw niewinnym ofiarom…