Szok teraźniejszości
Jak zmieniły się media pod wpływem nowych technologii? Czy istnieją alternatywy dla kapitalizmu? Jak to możliwe, że Internet, który miał być wielkim oknem na świat, okazał się lokalnym narzędziem? Z Douglasem Rushkoffem, amerykańskim socjologiem i medioznawcą, rozmawia Tomasz Stawiszyński.
Hipnoza, czyli wrestling
W jednym z wcześniejszych felietonów pisałem już o tym szczególnym zjawisku: radości upokorzenia w telewizyjnych programach typu reality.
Zdanie odrębne
Z książek i encyklik Jana Pawła II nie dowiedziałem się niczego o świecie. On sam zaś wydaje mi się postacią co najmniej niejednoznaczną. Jan Paweł II nie jest dla mnie autorytetem. Ani intelektualnym, ani moralnym, ani życiowym. Nie jest dla mnie „drogowskazem”, „latarnią morską”, „świętym tatą” ani tym bardziej kimś w rodzaju idola – choć w takich właśnie rolach media, księża, a także sami jego wielbiciele nieodmiennie go obsadzają.
Sucha zaprawa a sprawa polska
Całe życie – zresztą niejedno – można przeżyć w wyobraźni.
Jak choćby Aleksander Grin, rosyjski pisarz urodzony w 1880 roku, twórca wspaniałych, fantazyjnych opowiadań, w których mnóstwo jest przygód, egzotycznych krain, mórz i oceanów, których nie znajdziesz na mapie.
Dzisiejszy trup to jutrzejszy pacjent
Czy 23 lipca 2011 roku Robert Ettinger nieodwołalnie umarł? Zdania są podzielone. On sam – legendarny założyciel Instytutu Krioniki, niestrudzony pionier i propagator hibernacji, który szczerze wierzył, że prędzej czy później naukowcy odkryją sekret nieśmiertelności i nauczą się wskrzeszać każde w miarę dobrze zachowane zwłoki – zapewne niechętnie zgodziłby się na tak pochopną diagnozę.
W opublikowanej w 1962 roku książce „Prospects of Immortality” (Perspektywy nieśmiertelności) dowodził przecież, że śmierć to sprawa wcale nie tak znowu oczywista, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Przede wszystkim śmierć jest ściśle uzależniona od aktualnego w danej kulturze stanu wiedzy. Zatrzymanie akcji serca w środku dżungli amazońskiej to raczej stuprocentowy bilet na tamten świat. Ale zatrzymanie akcji serca w nowojorskim szpitalu – gdzie fachowy personel medyczny dysponuje odpowiednim zestawem reanimacyjnym – to całkiem spora szansa na bezpieczny powrót w szczęśliwe szeregi żywych. Logiczne? Skoro tak, to równie logicznie jest przyjąć, że być może za 1000 albo choćby i za 100 000 lat medycyna zdolna będzie nie tylko lekką ręką zrewitalizować dosłownie każdego denata, lecz także odwrócić wszystkie możliwe procesy chorobowe oraz odmłodzić na zawołanie dosłownie każdego, nawet najbardziej zaawansowanego wiekowo staruszka.
To właśnie ze względu na wiarę w prawdopodobieństwo powyższego scenariusza Ettinger postanowił za wszelką cenę znaleźć sposób, żeby w jak najlepszej, jeśli można tak to ująć, kondycji doczekać tej zbawiennej w dziejach ludzkości chwili. W tym celu założył Instytut Krioniki – miejsce, gdzie za 28 tys. dolarów (wpłacane, rzecz jasna, jeszcze przed ustaniem czynności życiowych zainteresowanego) każdy chętny – umieszczony po śmierci w eleganckiej białej kapsule wypełnionej po brzegi roztworem ciekłego azotu – spokojnie oczekuje na moment, w którym będzie go można, w sensie ścisłym, z powrotem postawić do pionu.
23 lipca Ettinger dołączył do powołanej przez siebie zamrożonej społeczności, stając się 106. „pacjentem” instytutu położonego w malowniczym miasteczku Clinton Township w stanie Michigan, a finansowanego wyłącznie z dobrowolnych wpłat darczyńców zafascynowanych perspektywą potencjalnej nieśmiertelności. Jest ich w tej chwili – tych na razie jeszcze żywych – około 800. A liczba ta – jak podkreśla David Ettinger, jedyny syn i spadkobierca Roberta, z zawodu prawnik, a z zamiłowania piewca nieśmiertelności – cały czas rośnie.
Początki były więcej niż skromne. Urodzony w 1918 roku Ettinger już jako nastolatek zaczytywał się opowieściach s.f. publikowanych na łamach kultowego magazynu „Amazing Stories”, w których co rusz rozmaici ziemscy oraz pozaziemscy medycy odkrywali sposób na odwrócenie naturalnych procesów starzenia. Dopiero kiedy walcząc w szeregach armii amerykańskiej podczas II wojny światowej, został ciężko ranny, a następnie pomyślnie zoperowany i zrehabilitowany przez pracowników polowego szpitala, doznał fundamentalnego olśnienia. Zdał sobie sprawę, że ułomne i – co tu dużo kryć – fatalnie zaprojektowane ludzkie ciało może za sprawą nowoczesnej technologii ulec radykalnemu przeobrażeniu.
Pracując po wojnie na Uniwersytecie Stanowym w Michigan oraz w miejscowym college’u jako nauczyciel matematyki i fizyki, Ettinger wiódł przykładne życie obywatela amerykańskiej klasy średniej, jednak od tamtej pory myślał niemal wyłącznie o śmierci oraz o możliwościach jej definitywnego przezwyciężenia. Natrafiwszy w prasie fachowej (którą zapamiętale prenumerował) na doniesienia o eksperymentach francuskiego biologa Jeana Rostanda, który zamrażał, a później odmrażał zwierzęta laboratoryjne, sprawdzając następnie, jaki wywarło to wpływ na stan ich organizmów, Ettinger, jak sam wielokrotnie podkreślał w wywiadach, zrozumiał, że odkrył właśnie upragniony kamień filozoficzny. W 1948 roku – którą to datę oficjalnie uznaje się za narodziny krioniki – opublikował w magazynie „Startling Stories” krótkie opowiadanie, w którym przedstawił hibernację zwłok jako sposób na swoiście pojmowaną podróż w czasie. „Dzisiejszy trup to jutrzejszy pacjent” – brzmiało jego cokolwiek ekscentryczne motto.
Wyłożonymi tam ideami nie zainteresował się jednak na poważnie właściwie żaden lekarz. Przeciwnie – w licznych rozmowach z Ettingerem, rozsyłającym opowiadanie do wszystkich amerykańskich uniwersytetów medycznych, profesorowie i docenci, zaznajomieni z biochemią i specyfiką funkcjonowania ludzkiego ciała, spokojnie tłumaczyli, że wskutek głębokiej hibernacji komórki doznają absolutnie nieodwracalnych uszkodzeń. I że nic nie wskazuje na to, że nauka kiedykolwiek będzie w stanie przywracać do życia zamrożone martwe ciała. Wszyscy odprawiali Ettingera z kwitkiem. „Dlatego właśnie – opowiadał kiedyś w wywiadzie udzielonym dziennikarzowi BBC – choć byłem przecież kompletnym ignorantem i amatorem, postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce”.
Zaczął od napisania wspomnianej książki „Prospects of Immortality”, która – bardzo pozytywnie zaopiniowana przez samego Isaaca Asimova, jednego z najwybitniejszych XX-wiecznych pisarzy science fiction – opublikowana została nakładem prestiżowej oficyny Doubleday. Okazało się to strzałem w dziesiątkę. Książka, szybko przetłumaczona na dziewięć języków, w krótkim czasie uzyskała status międzynarodowego bestsellera. I chociaż świat nauki nadal traktował Ettingera wyłącznie jako nieszkodliwego dziwaka amatora, jego popularność rosła z miesiąca na miesiąc.
W 1966 roku Ettinger stanął na czele wcale licznego Stowarzyszenia Nieśmiertelnych (Immortalist Society), a w 1972 roku opublikował kolejne dzieło, które ugruntowało jego i tak już przez nikogo niekwestionowaną pozycję w barwnym świecie pseudonauki, fantastyki i popkultury. W książce „Man into Superman” (Z człowieka w superczłowieka) – bo o niej tu mowa – Ettinger zupełnie otwarcie wyznał, że po pierwsze, nie ma zamiaru umierać, a po drugie, w mniej lub bardziej odległej przyszłości medycyna z pewnością nie tylko zdolna będzie nas wszystkich wskrzesić, lecz także zapewnić nam doskonale funkcjonujące ciała, wyglądające dokładnie tak, jak to sobie wymarzymy. Ciała, dodajmy, niezawodne, niestarzejące się i oczywiście niezapadające nawet na głupi katar – o nowotworach czy miażdżycy nie wspominając.
Zarobione na doskonale sprzedających się książkach pieniądze Ettinger przeznaczył na budowę instytutu, który rozpoczął oficjalną działalność 4 kwietnia 1976 roku. Pomysłodawca samodzielnie zaprojektował wypełnione ciekłym azotem kapsuły i rozpoczął zapisy dla przyszłych lokatorów. Tylko czasowych – umowa definiowała to otwarcie, bo oczywiście o żadnym wieczystym użytkowaniu nie mogło być tutaj mowy. Pierwszą pacjentką instytutu została – już w następnym roku – matka Ettingera, Rhea. Drugą – w 1987 roku – jego żona Elaine. W 2000 dołączyła do nich jego druga żona i wieloletnia współpracownica – Mae Junod. Stopniowo dochodzili inni pacjenci (o zwłokach zamrożonych w Instytucie Krioniki Ettinger nigdy nie mówił inaczej). Kapsuła Roberta Ettingera – na jego wyraźne życzenie – znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie kapsuł matki i dwóch żon. Kolejne cierpliwie czekają na jego syna oraz wnuki. Ettinger nigdy nie ukrywał, że instytut założył przede wszystkim po to, żeby bezpiecznie przechować swoją najbliższą rodzinę. I z ręką na sercu można powiedzieć, że projekt ten zrealizował w stu procentach
Świat dzienny, świat nocny
Czy sny coś znaczą? Czy są tajemnym szyfrem, za którego pomocą komunikuje się z nami nieświadomość?
Ta nieznana, niedostępna strona psychiki, o której zewsząd słyszymy, że zawiaduje z ukrycia wszystkimi naszymi działaniami, myślami i intencjami, a która nocą przemawia do nas językiem ezopowym, symbolicznym, na pierwszy rzut oka zupełnie niezrozumiałym.
Samochód w kosmosie*
Według opublikowanego na początku stycznia raportu, sporządzonego przez organizację charytatywną Oxfam, 82 procent wygenerowanego w 2017 roku dochodu trafiło do 1 procenta najbogatszych. Najbiedniejsza połowa ludzkości otrzymała z tego… 0 procent.
Ćwiczenia z umierania
Filozofia i religia dostarczają nam aż nadto środków uśmierzających lęk przed śmiercią. A może tak naprawdę nie ma się czego bać?
Szczyty (i doliny)*
Co nam przychodzi na myśl, kiedy słyszymy o szczytach?
Z pewnością jakieś osiągnięcia – najlepsze z możliwych. Najdoskonalsze. Pozostawiające daleko w tyle wszelką konkurencję. Wybijające się ponad przeciętność, zwyczajność, normalność, regularność. Niezwykłe i niecodzienne.
Przekleństwo jednomyślności
Zwróciliście uwagę na to zjawisko? Jakoś szczególnie widoczne chyba przede wszystkim w polskiej debacie publicznej, w gazetach, programach telewizyjnych i radiowych, a wreszcie w dyskusjach na Facebooku czy Twitterze. A mianowicie: coraz silniej i coraz bardziej otwarcie proklamowany dogmat jednomyślności.
Rozpoczynanie od nowa
Wszyscy doskonale wiemy, że nie uda się nam spełnić co najmniej większości noworocznych postanowień. Niemniej jednak z godnym podziwu uporem podejmujemy ich za każdym razem całe mnóstwo.
Znak drogowy (i kierunek, który wskazuje)
Christopher Lasch – jeden z najbardziej przenikliwych krytyków współczesności, autor klasycznej już dzisiaj Kultury narcyzmu, neomarksista i zwolennik Zygmunta Freuda – pisał w Buncie elit, swojej ostatniej, skądinąd proroczej, książce, następujące słowa:
„Skonfrontowani z oporem przeciwko swym inicjatywom, liberałowie zdradzają objawy żarliwej nienawiści, ledwie skrywanej pod uśmiechem dobrej woli. Sprzeciw sprawia, że ci humanitarnie usposobieni ludzie zapominają o liberalnych cnotach, na których rzecz – jak twierdzą – działają. Stają się drażliwi, faryzejscy, nietolerancyjni. W gorączce politycznego sporu nie są w stanie ukryć swej pogardy dla tych, którzy uparcie odmawiają ujrzenia światła (…).” (przeł. D. Rodziewicz)*
To (nie) jest świat dla starych ludzi
Sposobów na wyrwanie się człowieka spod apodyktycznej władzy czasu poszukiwano od zarania dziejów. Jednak żadna epoka nie była na tej idei tak obsesyjnie skoncentrowana, jak współczesna kultura zachodnia. Skutkiem tego jest wyjątkowo brutalny, bezprecedensowy konflikt pokoleń.
Szostak: Nie jestem nowym Frankensteinem
Jestem absolutnie przekonany, że życie jest zjawiskiem naturalnym, które można precyzyjnie opisać i zrozumieć w sposób naukowy. Bez żadnej metafizyki, bez boskiej interwencji – mówi Jack Szostak, laureat Nagrody Nobla.
Kolonizacja uwagi
Z pewnością to widzieliście. W telewizji albo w Internecie. Wszyscy o tym dyskutowali, a linki rozchodziły się w mediach społecznościowych z prędkością błyskawicy. Sergio Canavero, ekscentryczny włoski chirurg, zapowiedział niedawno, już po raz kolejny, że – tym razem na pewno i bezspornie – dokona wreszcie… przeszczepu głowy. A raczej: przeszczepu tułowia. Ostatecznie, w przypadku sukcesu takiej operacji, głowa pozostaje aktywną beneficjentką całego przedsięwzięcia, natomiast właściciel tułowia zostaje oficjalnie uznany za zmarłego.
„Nawet moja sprzątaczka powiedziała mi, że to, co chcę zrobić jest szaleństwem”
Czy działalność włoskiego neurochirurga to przekroczenie wszelkich zasad etyki? O tym w Dzień Dobry TVN mówił filozof i publicysta Tomasz Stawiszyński.
Bóg Facebook Wszechwiedzący
Przyznacie chyba, że jest to pomysł cokolwiek przewrotny.
Facebook, największy portal społecznościowy na świecie, wdroży niebawem – najpierw pilotażowo w Australii, a później być może na całym świecie – nową, rewolucyjną praktykę. Jej deklarowanym celem jest poprawa ogólnego poczucia bezpieczeństwa użytkowniczek i użytkowników.
Samobójstwo to nie polityka Z Tomaszem Stawiszyńskim rozmawia Adam Puchejda
Branie samobójczej śmierci na sztandary prowadzi do usankcjonowania autodestrukcji jako dopuszczalnej formy działania politycznego. Tego chcemy?
Adam Puchejda: Czy samospalenie Piotra Szczęsnego można uznać za gest polityczny?
Tomasz Stawiszyński: Jeśli polityczność ma tu polegać wyłącznie na literalnym przyjęciu interpretacji, którą sam pan Piotr nadał swojemu czynowi – to się z taką wykładnią nie zgadzam. Jeśli natomiast przyjmiemy takie rozumienie tego terminu, w myśl którego „polityczne” oznacza „zależne od szeregu czynników kształtujących środowisko, w jakim żyje jednostka” – to jak najbardziej. W moim odczuciu mamy jednak przede wszystkim do czynienia z ogromnym osobistym dramatem, gestem absolutnej rozpaczy.
Piotr Szczęsny pisał o sytuacji politycznej, odnosząc się do bardzo konkretnych rzeczy –do tego, co dzieje się z naszym państwem i jego instytucjami; do tego, jak uchwalane jest prawo i wiele innych. To bardzo jasno zdefiniowana polityczność.
Istnieje głęboki dysonans między racjonalnością tego listu a ekstremalną naturą gestu, który mu towarzyszył. Oczywiście, patrząc na to od strony pana Piotra Szczęsnego, możemy przyjąć, że nie ma tu sprzeczności – sytuację w kraju uznał za wymagającą takiego rozwiązania. Ale możemy to też uznać za racjonalizację działania, którego źródła są znacznie głębsze. I wynikają z głębokiego kryzysu, rozpaczy, depresji oraz wielu innych powodów, o których nie wiemy, ale których z pewnością nie da się sprowadzić do prostego komunikatu o charakterze politycznym. Nie rozstrzygam, jak było w tym przypadku, ale wiem, że takie doświadczenia, takie decyzje i takie stany zawsze mają wiele przyczyn, które tkwią w biografii, osobowości i kulturze. I bardzo mnie dziwi tak radykalna po liberalnej stronie niechęć do dostrzeżenia tych oczywistych kontekstów i tak gwałtowna potrzeba rozumienia tej śmierci wyłącznie w jednym wymiarze – związanym z doraźnym politycznym konfliktem.
Agnieszka Holland motywacje i zachowanie Piotra Szczęsnego porównuje do historycznych aktów samospalenia dokonanych w czasach komunizmu, takich jak podpalenie się Jana Palacha w Czechosłowacji oraz Ryszard Siwca w Polsce.
Pytanie, w jaki sposób traktować tamte wydarzenia, w jaki model patriotyzmu je wpisać, jest wciąż aktualne. Ale to są sytuacje nieporównywalne. Polska mimo wszystko nadal jest krajem demokratycznym. W takich krajach wpływ na ustrój wywiera się przez głosowanie.
Na pewno? Niektórzy twierdzą, że tak już nie jest lub że w najbliższych latach nie będzie.
Zobaczymy. Na razie wszystko wskazuje na to, że za dwa lata odbędą się wybory, nikt nie siedzi w więzieniu z powodów politycznych, mamy paszporty, jesteśmy w Europie. Konstruktywne owoce przynosi raczej działanie w zgodzie z tym, co jest, a nie z tym, co naszym zdaniem mogłoby być. Ale nawet gdyby takie lub inne zagrożenie było realne – a patrząc na tych kolesi maszerujących po ulicach w Święto Niepodległości, trudno, żeby ciarki nie przeszły po plecach – wciąż nie jest to powód do tego, by ktokolwiek odbierał sobie życie.
Zatem śmierć Piotra Szczęsnego to tylko kolejne tragiczne, ale w pewnym sensie jednak zwykłe samobójstwo, którego nie powinniśmy rozpatrywać w kategoriach symbolu?
Każde samobójstwo jest niezwykłe, bo oto człowiek decyduje się na najbardziej radykalny krok ze wszystkich możliwych. Ale dziś, zamiast wzmacniać atmosferę emocjonalnego wzmożenia i pozwalać nieujarzmionej wyobraźni przejmować nad nami panowanie, powinniśmy raczej przyglądać się temu, co naprawdę się dzieje. Nie tracić kontaktu z rzeczywistością, tak byśmy nie znaleźli się w sytuacji członków sekty Davida Koresha, którzy, kiedy zostali otoczeni przez agentów FBI na farmie Waco w 1993 r., serio uwierzyli, że zbliża się koniec świata i podjęli decyzję o zbiorowym samobójstwie.
Sugerujesz, że samobójczych śmierci, takich jak ta Piotra Szczęsnego, może być więcej?
Mówię tylko, że branie samobójczej śmierci na sztandary, jej uwznioślanie i heroizacja, prowadzi do usankcjonowania radykalnej autodestrukcji jako dopuszczalnej formy działania politycznego. Czy aby na pewno zdajemy sobie sprawę z tego, co w ten sposób komunikujemy? Mam poczucie, że każdy, kto próbuje robić z tragicznej śmierci pana Piotra Szczęsnego jakąś fundacyjną ofiarę nowego ruchu politycznego – który przyjdzie i zmiecie PiS – powinien naprawdę głęboko się zastanowić nad ideowymi i praktycznymi konsekwencjami czegoś takiego.
Dziś, zamiast wzmacniać atmosferę emocjonalnego wzmożenia i pozwalać nieujarzmionej wyobraźni przejmować nad nami panowanie, powinniśmy raczej przyglądać się temu, co naprawdę się dzieje. Nie tracić kontaktu z rzeczywistością.
Tak interpretujesz też słowa Agnieszki Holland, która w cytowanym już artykule, napisała: „Są ludzie wrażliwsi niż inni. Ludzie, którzy widzą i czują głębiej. Ludzie, którzy mają w sobie specjalny, rzadki gen odwagi i sprawiedliwości”?
Bardzo mnie ta wypowiedź zaniepokoiła. Ten poziom patosu, odwoływanie się do archaicznej symboliki oczyszczającego ognia, w którym hartuje się substancja wspólnoty, ofiary z życia składanej na ołtarzu wartości zbiorowych, kontrast pomiędzy śpiącymi mieszczanami a przebudzonymi przez śmierć herosami… Spodziewałbym się takiego tekstu raczej po Jarosławie Marku Rymkiewiczu. Na naszych oczach polska polityka osuwa się w mit. A może nigdy z mitu nie wyszła i cała opowieść o racjonalności, budowaniu instytucji i odczarowaniu była tylko wierzchnią warstwą, którą z głębi powodowały przez cały czas zupełnie inne siły?
Bardzo wiele osób tak właśnie odbiera jednak dzisiejszą polską politykę. Kiedyś była to domena prawicy, dziś podobna retoryka pojawia się też w centrum i w grupach lewicowych.
Nie wiem, co na to odpowiedzieć. Myślę po prostu, że to jest pułapka. Logika mitu rządzi się zupełnie innymi prawami niż liberalne zachodnie demokracje – owoce oświecenia i odczarowania. Archaiczna wspólnota nie zna tych wszystkich wartości, które mnie i tobie są bliskie i które wciąż jeszcze określają porządek większości państw demokratycznych na świecie. To co działo się na ulicach polskich miast w sobotę – to był właśnie mit w działaniu.
Tyle że niektórzy ludzie czują się bezradni. Ty jesteś spokojny?
Wręcz przeciwnie. Nie jestem zwolennikiem „dobrej zmiany”, choć podzielam niektóre elementy krytycznej oceny polskiej transformacji formułowane przez PiS. W żadnym razie nie oznacza to jednak, że zgadzam się z podejmowanym przez tę partię i obecny rząd próbami wyjścia z dawnych patologii. Od tej mieszanki martyrologicznego patriotyzmu, katolicyzmu i dumy narodowej jest mi jak najdalej. Lekarstwo, które ta ekipa proponuje, jest jeszcze gorsze od choroby, którą ma rzekomo leczyć.
Brzmisz jak symetrysta.
Mam wrażenie, że polityczny spór w Polsce zabrnął tak daleko, że dziś każdy, kto nie posługuje się językiem skrajnego dualizmu – w którym występują wyłącznie rycerze światła i rycerze ciemności – natychmiast zostaje okrzyknięty symetrystą. To znaczy wspólnikiem rycerzy ciemności, tak czy inaczej zdefiniowanych, w zależności od tego, z której strony się patrzy. Nie jestem symetrystą, bo nie uważam, że racja jest rozłożona po równo: PiS jest moim zdaniem największym szkodnikiem po 1989 r. Ale przyjmuję, że rzeczywistość jest bardziej skomplikowana, niż zakłada każdy dualizm i wszystko ma swoje przyczyny. Także wygrana PiS-u.
Emocje towarzyszące takiemu, a nie innemu opisowi polskiej rzeczywistości politycznej nie wzięły się jednak znikąd. Jak chciałbyś przekonać ludzi do innego oglądu obecnej sytuacji?
Nie wiem, czy to jest możliwe. Procesy zbiorowe mają to do siebie, że przebiegają na wysokich diapazonach emocjonalnych, raczej w atmosferze sprzyjającej myśleniu symbolicznemu, a nie racjonalnemu. Obrazy przywoływane przez Agnieszkę Holland czy Obywateli RP w ich niedawnym oświadczeniu – obrazy założycielskiej ofiary, która ma nas przebudzić do jakiejś wspólnotowej konsolidacji – przywodzą oczywiście na myśl polski romantyzm. Ale ich rodowodu szukałbym w jeszcze dawniejszych czasach.
Gdzie zatem?
W XVI-wiecznej, ale sięgającej czasów przedchrześcijańskich rumuńskiej legendzie o mistrzu Manole, który postanowił poświęcić swoją żonę po to, by dokończyć budowę monastyru. Mamy tu archetypową figurę ofiary założycielskiej, która jest konieczna, żeby dokonało się jakieś dzieło.
I jak to się ma do polskiej sytuacji?
Moim zdaniem pan Piotr Szczęsny staje się ofiarą założycielską polskiej opozycji. Tak interpretuję te wszystkie głosy, które próbują wpisać jego śmierć w strukturę politycznego sporu i nawołują, by uczynić z niej punkt wyjścia do budowy nowego projektu politycznego.
Polityczny spór w Polsce zabrnął tak daleko, że dziś każdy, kto nie posługuje się językiem skrajnego dualizmu – w którym występują wyłącznie rycerze światła i rycerze ciemności – natychmiast zostaje okrzyknięty symetrystą.
Tomasz Stawiszyński
Na tej samej zasadzie jak śmierć Lecha Kaczyńskiego i 95 innych osób w katastrofie smoleńskiej posłużyła do sformułowania nowego programu prawicy?
Absolutnie tak. Polski patriotyzm jest przesiąknięty tego rodzaju opowieściami. Tylko śmierć umożliwia powstanie wspólnoty. Nad naszą rzeczywistością polityczną unosi się duch Tanatosa. O sile tej struktury zaświadcza niewątpliwie fakt, że wiele osób, które wskazywały na to zjawisko na przykład przy okazji katastrofy smoleńskiej, nagle, przy okazji sprawy pana Piotra, jakby zupełnie o tych własnych diagnozach zapomniało.
Czy należy jednak sięgać tak głęboko – do mitów? Może to wyłącznie emocje pokolenia pamiętającego PRL i dramatyczne gesty, takie jak ten Palacha i Siwca?
Może tak jest. Nie wiem, jak zróżnicowana jest grupa ludzi, którzy identyfikują się z tego rodzaju komunikatami. Ale w swoim skromnym doświadczeniu widzę mimo wszystko przemieszanie pokoleń. Sam byłbym więc przywiązany do wykładni mitologicznej.
Istnieje wykładnia nieheroiczna?
Zaangażowania politycznego? Czymś takim mógłby być na przykład tak zwany patriotyzm pragmatyczny czy pozytywistyczny, o którym pisał niedawno na waszych łamach Łukasz Pawłowski. A nieheroiczne odczytanie gestu pana Piotra polegałoby na dostrzeżeniu, że spalił się człowiek wielowymiarowy i skomplikowany, człowiek przeżywający jakiś bezmiar cierpienia, człowiek po prostu, a nie posągowa figura z opowieści mityczno-heroicznej. Tyle że dziś tak ostra polaryzacja i dualizm są w interesie obu stron politycznego sporu. One się wzajemnie nakręcają i wzmacniają, a skala emocjonalnej egzaltacji jest odwrotnie proporcjonalna do merytorycznej zawartości realnych propozycji politycznych.
Opozycja zadowala się już tylko rytualnym sporem?
Takie odnoszę wrażenie. Tymczasem fantazja apokaliptyczna na znaczną część tego społeczeństwa po prostu nie działa. Bez względu na to, co robi opozycja – PiS ze swoim fatalnym programem notuje wzrost poparcia w sondażach. Widocznie o coś innego tu chodzi niż o koniec świata. Warto się spokojnie zastanowić o co. A potem przygotować dobrą ofertę polityczną i wygrać wybory.
Ale dlaczego jesteśmy tak podatni na tego typu prymitywną mobilizację?
To jest prostsze. Daje szybką satysfakcję emocjonalną, pozwala łatwo zdefiniować wroga i wytworzyć sytuację, w której możemy zająć pozycję kogoś lepszego moralnie, zidentyfikować się z siłami dobra. Myślę też, że w Polsce po 1989 r., choć wiele dobrego się stało, nie wykształciła się świadomość tego, czym są instytucje państwa, czym jest wspólna przestrzeń publiczna, czym jest reguła demokratyczna. Środowiska polityczne po obu stronach, tak reprezentowane przez Kaczyńskich, którzy przez długi czas byli w opozycji, jak i tych, którzy rządzili przez większą część III RP, miały poczucie pewnej moralnej wyższości. Uznawały za oczywistość, że rządzą albo będą rządzić, bo racja jest bezwzględnie po ich stronie. Przypominasz sobie, że na przykład neoliberalny model gospodarczy traktowany był od zarania III RP jak świętość i oczywistość? Nie wolno było powiedzieć, że miał on jakiekolwiek mankamenty, bo automatycznie lądowało się na pozycjach komunisty. No więc, kiedy sytuacja nagle się zmienia, ktoś, kto dotąd uważał, że jego pozycja wypływa z natury, a nie z umowy społecznej, niejako bezwiednie popada w chaos.
Chaos?
Dotychczasowe elity tak pewnie czuły się w swojej roli, że nagłe zwycięstwo PiS-u, bardzo krytycznie nastawionego do transformacji i gotowego na radykalne zmiany, było prawdziwym szokiem. To doprowadziło do chaosu, polegającego na całkowitym rozpadzie aktualnej opozycji i nieco kompulsywnym, reaktywnym działaniu. Niestety, nie widać na razie żadnej atrakcyjnej kontrpropozycji dla Kaczyńskiego. A potrzeba czegoś zupełnie nowego, niepolegającego wyłącznie na prostej negacji. Zamiast więc wpadać w ton oburzenia moralnego i apokaliptycznej fantazji o końcu wszystkiego, potrzeba solidnej refleksji, dlaczego znaleźliśmy się tu, gdzie jesteśmy. Jedyną próbą wyjścia poza ten wzajemnie warunkujący się układ jest moim zdaniem działalność partii Razem – zobaczymy, czy uda się jej zbudować sensowne poparcie społeczne. A reakcje środowiska liberalnego na dramatyczny gest Piotra Szczęsnego nie pozostawiają niestety wielkich nadziei na to, że zaczniemy odchodzić od polityki rozumianej jako mit.
Sami współtworzymy jednak politykę, słuchamy mediów, wybieramy takich, a nie innych ludzi na stanowiska.
Tak, ale jesteśmy też słabi, bo rozdarci konfliktem. Do tego naszą narodową wadą jest narcyzm. Wierzymy w wielkość naszego narodu, w to, że właściwie nie mamy wad, że mamy wielką historię. Zapominamy przy tym, że każdy naród myśli o sobie z grubsza to samo. Kiedy zaś napotkamy na jakikolwiek opór ze strony rzeczywistości, np. ktoś zacznie podważać zasadność naszego dobrego samopoczucia, to albo zaczynamy stawiać opór, odsądzając naszych krytyków od czci i wiary, albo jesteśmy bliscy załamania.
Zamiast więc wpadać w ton oburzenia moralnego i apokaliptycznej fantazji o końcu wszystkiego, potrzeba solidnej refleksji, dlaczego znaleźliśmy się tu, gdzie jesteśmy.
Tomasz Stawiszyński
PiS zachowuje się jak podmiot narcystyczny w fazie ekspansji, bo na razie udaje się mu pokonywać opór – a każde niepowodzenie, próbę dyskusji czy niuans interpretuje, co charakterystyczne, jako działanie wrogich, zewnętrznych sił. Opozycja jest z kolei w fazie dezintegracji – bo opór okazał się nieprzekraczalny – w której przy okazji uwalniają się ogromne pokłady silnych emocji.
Solidne społeczne więzi – od sąsiedzkich po organizacyjne – mogłyby nas przed tym uchronić?
Myślę, że tak. Zwycięstwo PiS-u jest oparte w dużej mierze – choć nie tylko – na resentymencie, na podbijaniu antagonizmu i konfliktu, budowaniu podziału na Polskę A i B, Polskę patriotyczną i łże-patriotyczną, na pierwszy i drugi sort itd. Ale czy rozmaitymi podziałami, tylko inaczej zdefiniowanymi, nie operowała także wcześniej strona liberalna? Mam wrażenie, że pozostaje to wciąż niewypowiedziane i nienazwane. Pogarda „wobec elit” jest opisana i nazwana, znamy dobrze to zjawisko, widzimy je gołym okiem. „Pogarda elit” domaga się jeszcze opisania. Praca polegająca na zrozumieniu, dlaczego Kaczyński tak silnie wypłynął na resentymencie, jest ciągle przed nami.
Pogarda elit wobec ludzi, którzy dziś głosują na PiS, spowodowała, że oni tak właśnie zagłosowali?
Nie stawiałbym tego tak prosto, ale jest to aspekt pewnego rodzaju samorozumienia, którego brakuje stronie opozycyjnej. Żeby realnie przeciwstawić się PiS-owi, trzeba zrozumieć, dlaczego ludzie głosowali na PiS. Można oczywiście powiedzieć, że to są po prostu źli ludzie, którzy nie przyjmują tego wszystkiego, co europejskie. Ale można się zastanowić, dlaczego wizja Polski opartej o wartości liberalnej demokracji została w wyborach odrzucona? I dlaczego dzisiaj, chociaż robimy wielki raban od dwóch lat, poparcie dla PiS-u systematycznie rośnie? Jak to możliwe? Otóż, albo ma to jakieś uzasadnienie i też ponosimy za to jakąś odpowiedzialność, albo jest to całkowicie irracjonalne i przypadkowe, albo stoi za tym jakiś spisek. Moim zdaniem z tych trzech możliwości, najbardziej konstruktywne jest przyjęcie pierwszej.
Czyli jeżeli strona opozycja wczuje się w potrzeby i negatywne emocje ludzi, którzy głosują na PiS, to wtedy odzyska równowagę i wygra wybory?
To nie pójdzie tak łatwo, ale moment autorefleksji jest konieczny do tego, żeby skonstruować spójny i skuteczny polityczny program. Od czasów Sokratesa, a już na pewno od czasów Zygmunta Freuda, wiadomo, że warunkiem koniecznym przemiany jest rozpoznanie przyczyn, które doprowadziły nas do opłakanego tu i teraz.
Przed nami nowe średniowiecze?
Tomasz Stawiszyński: Alternatywne sposoby pracy z umysłem, techniki magiczne i ezoteryczne, fundamentalizmy religijne, zaburzenia psychiczne – o tym wszystkim od lat pisze Pani w swoich książkach. Zarzucano Pani fascynację tematami marginalnymi i mało istotnymi, tymczasem są to dzisiaj centralne zjawiska definiujące główny nurt kultury zachodniej.




















