Nauki demona południa

0%

„Co Akkad nam powiedział? Dobrze to pamiętam, chociaż minęło już tyle czasu. Rozpoczął od wyobcowania wewnętrznego, od alienacji z tak zwanego realnego świata, która stanowi oznakę natury religijnej, gdy ta ocknie się ze swojego uśpienia w świecie”.

Lawrence Durrell „Kwintet Awinioński. Monsieur, albo Książę
Ciemności”

Pośród nieprzebranego legionu demonów zaludniających niewidzialną sferę istnienia, jeden zwłaszcza demon – być może ze względu na swoją nader podstępną naturę – zdaje się chrześcijańskim apologetom, interpretatorom i kaznodziejom wyjątkowo niebezpieczny dla integralności (i zbawienia) duszy ludzkiej. A mianowicie – demon południa, na każdego, kto dostanie się w jego niewolę, sprowadzający osobliwy stan zwany acedią. Stan będący czymś pomiędzy melancholią, depresją, przygnębieniem oraz – a może nawet przede wszystkim – dojmującym poczuciem znudzenia, dojmującym poczuciem pełnej zmysłowej i duchowej anestezji.
Bodaj najdokładniej i najpełniej scharakteryzował go Ewagriusz z Pontu, żyjący w IV wieku po Chrystusie pontyjski mnich, jeden z Ojców Pustyni, których „Apoftegmata” – aforyzmy, anegdoty i opowieści dokumentujące ich bogate życie wewnętrzne – mogą, pod względem lapidarności, ostrości, a zarazem głębi, spokojnie konkurować z najbardziej nawet wyszukanymi japońskimi koanami zen. W swoim traktacie „O acedii” pisze Ewagriusz z Pontu między innymi tak (dodajmy tylko, że demon ów nazwany został „demonem południa” ponieważ mnichów przebywających na pustynnym odosobnieniu – których doświadczenia omawia Ewagriusz – atakował ze szczególną zawziętością właśnie o tej porze dnia): „Opanowany przez acedię przy czytaniu wciąż ziewa i łatwo zapada w senność. Pociera oczy i przeciąga się, to znów odwracając oczy od księgi, spogląda na ścianę, znowu obraca się i czyta nieco, i kartkując – bada dokładnie końcówki wypowiedzi. Liczy kartki i ustala liczbę rozdziałów, gani pismo i zdobienie. Wreszcie zamyka księgę, kładzie pod głowę i wpada w sen niezbyt głęboki, ponieważ głód w końcu budzi jego duszę i ulega ona swoim własnym troskom”.

2.

Ten na pierwszy rzut oka niewinny wręcz objaw – jeden z licznych zresztą powodowanych przez demona południa, ale w swej pozornej prostocie doskonale modelowy – skrywa jednak pod sobą iście piekielną czeluść. Uobecnia się w nim bowiem jeden z najstraszniejszych w pojęciu Ewagriusza oraz innych chrześcijańskich mędrców czy mistyków gest: negacja wspaniałości stworzenia. Przychodząca niejako z zewnątrz, niebędąca aktem woli, lecz przeciwnie, wypływająca z jej całkowitej atrofii, odmowa uznania, że ten świat, a zatem także wszystko, co w świecie można i należy czynić, jest światem najwspanialszym z możliwych, dziełem Boga nieskończenie dobrego i nieskończenie kochającego. Boga, który stworzył przecież nie tylko niebo i ziemię, ale także człowieka. I który nie po to tworzył go na swój obraz i podobieństwo, aby ten – znudzony, ziewający, wytrącony niejako z naturalnego rytmu trwania w specjalnie dlań przez Boga przygotowanym porządku czasowości – stawał się demonicznym przeciwieństwem tego wszystkiego, co w stopniu doskonałym i spełnionym reprezentuje jego stwórca czy raczej Stwórca.
W doświadczeniu acedii, w doświadczeniu przygnębiającej, metafizycznej nudy – bo o takiej nudzie tu mowa, nie o przygodnym braku doraźnej stymulacji, ale o przenikającym każdą komórkę ciała i psyche poczuciu próżności jakiegokolwiek działania, jakiejkolwiek aktywności – ujawnia się coś na tyle groźnego, że Ewagriusz z Pontu większą część swojego traktatu poświęca prezentacji rozmaitych psychologicznych (lub, jak kto woli, duchowych) technik, mających na celu skuteczne odpędzenie tego stanu. Już to z pomocą modlitwy, już to pracy fizycznej, już to wychwalania świata stworzonego i prób ignorowania obezwładniających fluidów emitowanych przez demona południa.

3.

Esencją doświadczenia acedii, esencją doświadczenia metafizycznej nudy jest jednak nie tyle negacja wspaniałości stworzenia – tego rodzaju kwalifikacja niesie już w sobie bowiem ładunek klasycznie chrześcijańskiej normatywności, rozmiłowanej w dzieleniu doświadczeń na „złe” i „dobre”, pochodzące od Boga i pochodzące od diabła – ile raczej właśnie wspomniana wyżej osobliwa jakość bezczasu, opuszczenia „naturalnego” porządku następczości i zanurzenia się w nieporuszonej otchłani rozciągającej się gdzieś ponad czy w każdym razie poza poczciwą rytmiką dnia codziennego.
Demon południa wyprowadza nas zatem z tego świata, pozwala nam zajrzeć za kulisy, pozwala zasmakować czegoś fundamentalnie innego. Czegoś, co zwykle pozostaje ukryte. Nieobecne w strumieniu przeżyć, w którym jedno zdarzenie następuje po drugim, w którym ciąg myśli, emocji, zajęć, afektów, przywiązań, „spraw do załatwienia” permanentnie płynie – zakłócany co najwyżej momentami przestoju, odpoczynku czy snu, spośród których jednak każdy kieruje się wciąż w stronę jakiegoś horyzontu, w stronę jakiegoś celu, jakiegoś wyobrażenia przyszłości, jakiegoś pragnienia osiągnięcia tego czy tamtego stanu.

4.

A jeśli to właśnie rzeczywistość, którą odsłania przed nami demon acedii jest właściwym, źródłowym szkieletem świata, w jakim żyjemy – pogrążeni w słodkiej iluzji czasu? A jeśli rację mieli starożytni gnostycy, jeśli rację miał Akkad – bohater genialnego „Kwintetu Awiniońskiego” Lawrence’a Durrella – który przekonywał niewielką grupę swoich uczniów, że wieczność jest stanem znacznie bardziej przerażającym niż życie poddane skończoności?
Skoro tak (nie rozstrzygam, nie zajmuję twardego stanowiska, próbuję tylko myślowego eksperymentu) trudno się wówczas dziwić Ewagriuszowi z Pontu, że zapalczywie usiłował znaleźć techniki mające za zadanie zniwelowanie wpływu demona acedii. Czyż można sobie bowiem wyobrazić gorszy koszmar niż zrozumienie, że nagroda, do której ze wszystkich sił staramy się dążyć, i o którą codziennie błagamy dobrego Boga – nagroda życia wiecznego, przekroczenia uwarunkowań „upadłej” ludzkiej egzystencji, przezwyciężenia śmierci – jest tak naprawdę najstraszliwszą karą, jaką tylko można pomyśleć?