Epidemiologiczny negacjonizm

Pytanie, które niedawno zadał publicysta Guardiana – dlaczego nie traktujemy kryzysu klimatycznego równie serio, co pandemii koronawirusa  – należałoby, nie tylko zresztą w kontekście polskim, odwrócić.

I zapytać: dlaczego nie traktujemy koronawirusa równie serio, co kryzysu klimatycznego? A w każdym razie – dlaczego młodzi ludzie przesiadujący nad Wisłą, pośród których zapewne jest wielu aktywnych uczestników i uczestniczek strajku klimatycznego, wydaje się kompletnie nie przejmować groźbą epidemii?

Czyżby nie mieli dostępu do najnowszych informacji? Przecież większość z ogromną swobodą porusza się po sieci, internet to dla nich naturalne środowisko, niemożliwe, żeby nie zdawali sobie sprawy z tego, co się dzieje. Zatem – wiedzą, a mimo to poczynają sobie w sposób skrajnie nieodpowiedzialny? Nie chce się wierzyć. Podobnie jak w to, że ich zachowanie wynika z beztroskiego poczucia bezpieczeństwa. Bo przecież koronawirus jest groźny głównie dla osób starszych i chorych, a na ulicach i nad Wisłą zbierają się grupy młodych i zdrowych. Czy więc ci ostatni są po prostu skrajnymi egoistami? Nie interesują ich losy rodziców, dziadków, innych współobywateli i współobywatelek? Ich – którzy tak przejmująco i zapalczywie przekonują o konieczności ratowania Ziemi, żeby ludzkość mogła przetrwać?

Na pewno nie.

Może więc – dociekajmy dalej – jest to jakaś forma dokonywanej na zimno i z premedytacją zemsty na starszych pokoleniach? Za zniszczenie planety i za rozmaite inne przewinienia. Współczesność to czas wyjątkowo ostrego konfliktu pomiędzy młodymi a starymi – jak to jeszcze w latach 70. ubiegłego wieku diagnozował amerykański historyk i eseista Christopher Lasch. Od tamtej pory mogło się to zmienić co najwyżej na gorsze. Ale tego rodzaju zemsta nie świadczyłaby o młodych pokoleniach najlepiej. Czy naprawdę mogliby być zdolni do takiej bezwzględności? Jeśli tak – nienajlepszą przyszłość sobie szykują, nawet jeśli uda im się sprawić, że homo sapiens nadal będzie istniał. I znowu – no właśnie – czy naprawdę moglibyśmy podejrzewać młodych ludzi o tego rodzaju perfidię?

Odrzucam więc i taki wariant, to zwyczajnie niemożliwe.

Może zatem chodzi o to specyficzne poczucie nierzeczywistości, które bierze się z długotrwałego kontaktu ze światem wirtualnym? A może o niechęć do realnego samoograniczenia? Niepolegającego na dumnej – i powiedzmy to sobie wprost: modnej – rezygnacji z podróży samolotem na rzecz autobusu bądź też promu, albo na dumnym – i powiedzmy to sobie wprost: modnym – przestawieniu się na zakupy w sklepach pod szyldem „eko”. Niechęć do ograniczenia dotkliwego, oznaczającego bardzo konkretną rezygnację z określonych kolektywnych przyjemności i towarzyskich atrakcji?
Cóż, to także nie brzmi nazbyt przekonująco.

Może więc po prostu wszystkich nas trochę popsuł ten rozbuchany współczesny indywidualizm, który niepostrzeżenie – niczym koronawirus – zainfekował nasze myślenie o aktywizmie i postawie obywatelskiej? Przyzwyczaił nas do tego, że spełniają się one w modnych, lajfstajlowych zachowaniach, zakupach w określonych sklepach, wyborze takich, a nie innych produktów albo środków lokomocji. W zbiorowych manifestacjach, deklaracjach, efektownych protestach i emocjonalnych ekspresjach w portalach społecznościowych.

Może więc nawet jakaś część spośród tych, którzy w sposób bardzo zaangażowany wzywali do walki z zagrożeniem klimatycznym, nie do końca uświadamiała sobie realny charakter tego zagrożenia? Może stała się to po prostu – nie w całości, oczywiście, ale w jakimś stopniu owszem – forma zbiorowych praktyk tożsamościowych, rytuałów dających poczucie przynależności do grupy, moralnej satysfakcji, poczucia wartości, przekonania o tym, że się walczy o szlachetną sprawę? A to wszystko w kulturze z jednej strony przenikniętej apokaliptycznymi wyobrażeniami, z drugiej – starannie wypierającej świadomość realnego niebezpieczeństwa. Delegującej apokalipsę do sfery fikcji, gdzie dopuszczamy do głosu lęk, a zarazem z ulgą cieszymy się happy endem, którym może być przecież także bezpieczne wyjście z kina ze świadomością, że „to był tylko film”.

Cóż, pandemia koronawirusa to nie jest tylko film. O czym prędzej czy później przekonują się wszyscy, którzy początkowo wybrali spacery nad rzeką. Niezależnie od tego czy jest to Wisła, Loara czy Tamiza.

Dlatego bardzo Was proszę – siedźcie w domu. To kwestia zdrowia i życia waszych bliskich. To kwestia zdrowia i życia ludzi starszych i chorych, czyli tych, którzy w tak słusznie krytykowanym przez Was drapieżnym kapitalizmie są i tak w trudnej sytuacji. Nie uprawiajcie epidemiologicznego negacjonizmu, równie, a może tu i teraz jeszcze bardziej groźnego niż negacjonizm klimatyczny.