Drzewo

0%

Lepkie
ze wszystkich stron ocieka spojrzeniami
pustymi, obojętnymi i nie skierowanymi na nie wysyłanymi
z okien autobusów z ulicy chodnika okien
po co stoi jeszcze po co w ogóle stanęło tutaj
samotnie ponuro wznosi ku niebu rozcapierzone ramiona
prosząc o deszcz pokarm jest głodne i nie miało nic w ustach
od miesiąca
każdy może je opluć skopać pociąć moczem
psim jest oblane doszczętnie przesiąknięte zapachem
ulicy przy której jest na wolności uwięzione już chyba
na zawsze
nic mu nie pozostało musi być obojętne niby
nieżywe więc nic już nie mówi kiedy przechodzą ludzie już
nie szepcze już tylko
się modli wiecznie się modli w każdej sekundzie do swojego
boga i klęczy choć przecież stoi może jedynie się modlić drzewo

dla ozdoby

Korektor

0%

purpurowe niebo, purpurowe
dłonie, którymi ślamazarnie,
z językiem przyklejonym do wargi,
zacieram wszelkie ślady swojej obecności

korektorem, to zajmuje dużo czasu bowiem
pędzelek jest niezwykle mały

zamalowuję stare fotografie, imiona,
nie donoszone ciąże i ślady krwi
na schodach

w dalszej kolejności zamaluję
drogę, która do mnie wiedzie
zamaluję słowa nigdy niewypowiedziane
zamaluję wszystkie ukradkiem czynione
aluzje do ludzkich ubiorów, zachowań i uczuć
zamaluję lustro, które bez mojej zgody
bezczelnie i bezprawnie co dzień
mnie odbija

zamaluję, a potem z równym zaangażowaniem
będę warstwę po warstwie
zdrapywać

Moja prawa biała ręka

0%

Dzień i noc szaleńczo
Ścieram się o ciebie
trzymając głowę za włosy prawą białą ręką
Lewa biała ręka też nie pozostaje
dłużna
Palce, paznokcie, skóra
złamane, wyrwane, zdarte

stłamszone

Na śniegu

0%

A na mnie zostały tylko puste
miejsca po twoich spojrzeniach
spadł śnieg i teraz już nie widzę
tego co depczę
idę po prostu przed siebie i
ta noc pachnie a ja
wciągam powietrze do płuc
głęboko bo
może ty jesteś nocą

chciałbym cię mieć przy sobie
w tym lesie
zima zastawiła na mnie potrzaski
grzęznę co kroku

lepiej umierać kiedy na mnie patrzysz
(miałaś tu przyjść)

znowu nie przyszłaś
powiał wiatr i z koron drzew spadła
lawina

masz czarne włosy
dostrzegę cię pierwszy

(na śniegu)

I-Cing

0%

a kiedy dowiedziałem się,
że nigdy nie będziemy razem
tuliłem do piersi
ten portret

który malowałaś
dla mnie

chmury zaczęły zbierać się
w górze
piorun uderzył

niebo westchnęło

krople zmyły jasne
pastelowe barwy
krople zmyły
Twój podpis
rozpuściły papier

a potem
bezszelestnie

przemieniły mnie
w strumień

teraz czekam aż
wejdziesz i
obmyjesz w nim

włosy

Papieros

0%

ja jestem jeden z dwudziestu
skrzętnie zamkniętych w papierowym pudełku
owiniętym folią szczelnie,
tak szczelnie, że kiedy ją zrywasz
zdejmujesz skalp

tych dziewiętnastu pozostałych
nienawidzę

potem mnie chwytasz palcami
wyciągasz powoli dostojnie
(bo jesteś dostojna)
a kiedy mnie wkładasz do ust to
podnieca podnieca

płonę
z każdym twoim wdechem jest mnie coraz mniej
bo choć wdzieram się w ciebie
to znikam

żar mnie pochłania i
póki chcesz mnie zachować w sobie
póty się w tobie
kłębię
trujący
przepełniający

a zaraz potem
wydmuchnięty
wypalony
zgnieciony
zgaszony

wypluty

Zabiłem żmiję

0%

Zabiłem żmiję i

mam ząb żmii na ramieniu
skórę żmii na plecach
jad żmii na języku

oczy żmii
w dłoniach
ściskam kurczowo

w żołądku mi ciąży
nieprzyjemnie
wielkie jajo żmii,
które pielęgnuję
i czekam na wylęg
cierpliwie

poród zawsze boli
a ja zapomniałem,
że zabijając samicę
nie stanę się matką

więc piję ocet łapczywie
zatruję w zarodku
te małe węże, które
kiedy się wylęgną
zjedzą mnie od środka
i aby ujrzeć światło
przegryzą mi skórę
i złamią kręgosłup

Pozwól mi

0%

pozwól mi patrzeć z sufitu
jak pijesz herbatę w plastikowym kubku i
pozwól mi patrzeć jak palisz
już któregośtam papierosa
wystarczy mi kiedy
się przemykam gdzieś za
twoim cieniem czarnym i łowię
małe drobinki twojego zapachu w
nozdrza

tak chciałbym umrzeć czując ciebie

Martwy

0%

Przy całkiem już zjedzonym stole
W całkiem zjedzonym już pokoju
Siedzę, i ja zjedzony przecież jestem
Martwy
Zupełnie
Martwy, a jednak widzę jak
Mój cień tańczy flamenco ze ścianą
Tak pięknie
Tak trupie
jest światło w pokoju (zjedzonym)
Cień jest zwinniejszy od ściany
i ode mnie
bo przecież martwy jestem
tak zupełnie już zjedzony
Lecz ściana także zjedzona jest
nienajlepszą partnerką do tańca
Choć tak bardzo by chciała
Tak bardzo się stara
A Cień wyrzuca ręce w górę
Cień strzela obcasami i wiruje wokół
niej
tak bardzo
Ja siedzę już dawno martwy jestem
I póki miałem siłę i chociaż trochę
żywy byłem
to dotrzymywałem mu kroku i ja
tak zjedzony

Kiedy Spałaś

0%

A kiedy spałaś
rozciąłem ci skórę
I zasadziłem w tobie drzewa
Myślałem –
– zamieszkam w tym lesie
A kiedy spałaś
długo cię całowałem
usta i włosy pachniały dymem
pachniały plastikiem
pachniały szkłem
tak strasznie chciałem
zmyć z ciebie ten zapach
więc
Kiedy spałaś
ja na balkonie chwytałem krople deszczu
spłynęły mi między palcami a te
które pod paznokciami
drżących dłoni niosłem do ciebie
wyschły w pół drogi
Kiedy spałaś
płakałem nad tobą
zatrutymi łzami

drzewa umarły

Punkt

0%

 

stań w punkcie
kleszcze dudnią
jednostajnie
rozpuszczamy się
objęci przez zimno

Ausencia

0%

czego tak naprawdę
oczekiwałem?
(wtedy moja dłoń była
jak zwykle
centymetr od kryształu

patrzyłem:
purpura waszych ciał
moja bladość)

czego tak naprawdę oczekiwałem?

centymetr od kryształu
stało powietrze
zegar bił

stało powietrze

Obydwa kwiaty milczenia

0%

***



dwa kwiaty milczenia
dwa milczeniem splecione naczynia
noc szybciej ciemnieje niż one
szybciej niż jedno wmilcza się w drugie
wędruje coś po krawędzi i
coś je spisuje i coś je fałszuje
w któryś z obmierzłych, spuchniętych języków:

milczę do ciebie
milczysz do mnie

Tamten

0%

***

czy jeszcze pamiętasz

tamten ciemniejący świt tamto ponuro
przedwcześnie rozbłyśnięte słońce tamto
łagodnie wrastające w serce
bezimienne spojrzenie

czy jeszcze pamiętasz

moją cieknącą ku tobie miłość
moje cieknące ku tobie umieranie

czy jeszcze pamiętasz

tamten czerniejący świt tamto ponuro
przedwcześnie rozbłyśnięte słońce
tamto łagodnie wrastające w serce
bezimienne spojrzenie

bezimienne spojrzenie



Ścieżka lewej ręki

0%

„Droga występku prowadzi do pałacu mądrości”.


William Blake

Na słynnym obrazie Gustave’a Moreau ohydna bestia wije się w agonalnych konwulsjach, triumfalnie przebijana lancą przez dosiadającego białego rumaka świętego Jerzego. Wokół głowy świętego pyszni się złota aureola, jasność bijąca od jeźdźca i konia gwałtownie kontrastuje z mrokiem plugawej bestii – nie tyle nawet spowitej przez ciemność, ile raczej będącej jej dosłownym ucieleśnieniem. W tle – górskie szczyty, Matka Boska ze złożonymi dłońmi i twarzą zwróconą ku niebu ni to siedzi na skale, ni to lewituje. Smok toczy krew z pyska, wpija na wpół przerażone, na wpół rozwścieczone ślepia wprost w swojego bezlitosnego oprawcę.
Gdyby tylko obrazowi towarzyszyła fonia, usłyszelibyśmy być może napawające wstrętem syki nieledwie już martwego monstrum, skutecznie jednak zagłuszane donośnym i radosnym śpiewem anielskich chórów. Oto ostateczne i nieodwołalne zwycięstwo światła, oto rozpostarta w całej swojej obrzydliwości kreatura przeszyta Ascalonem (jak nazywano broń, którą święty wraził w serce smoka). Pokonana, zabita, zdewastowana, upokorzona.

2.

Obraz świętego Jerzego zabijającego bestię to jeden z obrazów konstytutywnych dla chrześcijańskiej kultury. Nie tylko w sensie licznych przedstawień, ale także – a może przede wszystkim – w sensie podstawowej imaginatywnej struktury zawiadującej naszym (czyli mieszkańców i wychowanków tej kultury) wyobrażeniem o sposobie, w jaki należy się obchodzić z „niższymi”, „grzesznymi”, „mrocznymi”, „niepokojącymi”, „instynktownymi”, „niejasnymi”, „nieświadomymi” aspektami ludzkiej natury. Bestia – choć legenda traktuje jej istnienie jako fakt doskonale literalny, nie zaś jako metaforę – jest przecież potężnym symbolem, podobnie zresztą jak jej bohaterski oprawca, podobnie wreszcie jak sama sytuacja przedstawiona w opisie i malarskich figuracjach. To nie kronikarska notacja, nie rekonstrukcja historycznego zdarzenia – to mitologem, w oparciu o który pracują najgłębsze pokłady naszej psychiki i naszej kultury.
Przekładając zaś język mitu i obrazu na moralistyczne pojęcia: święty Jerzy stoi po stronie światła, prawdy i dobra, bestia natomiast wciela ciemność, kłamstwo i zło. Święty Jerzy jest straight, bestia reprezentuje odwrócenie doniosłych wartości, które ten pierwszy dumnie obnosi na łopoczących sztandarach.
Święty Jerzy to zatem uwznioślony bojownik Chrystusa, bestia to perwersja stworzenia, to skandaliczny pomiot wykarmiony trującymi sokami, jakie od czasów upadku pierwszych ludzi wsącza w zdrową tkankę bytu szatan, największy wróg Boga i człowieka.
Jeśli więc zetkniesz się z bestią w sobie lub w innym – jeśli dasz się zwieść na pokuszenie, jeśli twoje myśli zostaną zanieczyszczone diabelskimi podszeptami, jeśli nadany przez Stwórcę porządek seksualności zaprzęgniętej w reżim pokornej reprodukcji zechcesz zbezcześcić fantazmatem wyuzdania, albo jeśli dostrzeżesz takie jakości w życiu swoich bliźnich – zrób to, co nakazuje ci archetypowy wzorzec: bez wahania, wznosząc ku niebu modlitwę, przebij Ascalonem serce bestii w tobie lub w innym.

3.

Chrześcijański czy szerzej – zachodni – stosunek do „bestii w nas”, bywa często przeciwstawiany pewnej wschodniej tradycji, zwanej ścieżką lewej ręki, obecnej głównie w tantrycznych odmianach buddyzmu (tzw. wadżrajanie, „diamentowej drodze”) czy jodze kundalini. Nie trzeba jednak wcale sięgać do wschodnich źródeł, można sięgnąć do „podziemnych” nurtów obecnych w kulturze europejskiej – a dokładniej do alchemii, o której tacy XX-wieczni badacze, jak Mircea Eliade czy C.G. Jung, twierdzili, że jest „starszą siostrą” psychologii głębi – żeby odnaleźć inne wzorce obchodzenia się z tym wszystkim, co, z perspektywy chrześcijańskiej ortodoksji zorientowanej na duchowych szczytach, wydaje się perwersyjne, niskie czy złe.
W tantrycznych formach buddyzmu diamentowej drogi medytujący nie stara się w żaden sposób stłumić – a raczej przebić Ascalonem „czystej świadomości” – gniewnych, rozpustnych czy też odrażających aspektów umysłu. Przeciwnie – wizualizując je, uobecniając z pomocą wyobraźni, w pełni (ale i świadomie) się z nimi utożsamia, rozpoznaje ich źródłowy, wpisany w ambiwalencję nieoświeconej natury, charakter. Jedynie poprzez takie utożsamienie – przebiegające często na drodze ekscesywnych praktyk seksualnych, albo przekraczania rozmaitych kulturowych tabu (oczywiście – w określonych granicach) – udaje mu się zintegrować i rozbroić ową bestię, która, zgodnie z tantryczną perspektywą, po każdej próbie uśmiercenia i tak podnosi się niczym feniks z popiołów i atakuje ze wzmożoną zaciekłością.
Zamiast więc uśmiercać bestię – jogin dosiada bestii, sam staje się bestią, pamiętając jednak cały czas o tym, że reprezentuje ona tylko jedną z wielu jakości przenikających rzeczywistość, i że pełne poddanie się jej władzy jest równie niebezpieczne, co próba zanegowania jej istnienia. Świadoma przemiana w bestię, a następnie wykorzystanie jej energii w innym, prowadzącym ku wyzwoleniu celu, zapobiega mechanizmowi, który aż za dobrze znamy z dziejów chrześcijaństwa – kiedy to rozmaici smokobójcy, w imię prawdy i dobra, dokonywali najstraszliwszych bestialstw, przy których monstrum z obrazu Gustave’a Moreau wydaje się zaledwie sympatyczną pluszową zabawką.
W alchemicznych wariantach opowieści o św. Jerzym natomiast, bohater pozwala się najpierw bestii połknąć – co symbolizować ma brak jakościowej różnicy pomiędzy nimi, wskazywać, że w istocie mamy tu do czynienia z rozmaitymi aspektami czy figurami psychologicznymi, pomiędzy którymi nie tylko nie zieje przepaść, ale wręcz przeciwnie: łączy je głębokie pokrewieństwo. Poznając świat smoka niejako od środka, bohater następnie przebija się przez brzuch bestii, powoli i systematycznie wydostaje się z jej wnętrza – bogatszy zarówno o to wszystko, czego doświadczył przebywając w samym środku smoka, jak również o świadomość, że odruchowa egzekucja dokonana na monstrum poskutkowałaby jego błyskawiczną rezurekcją. Świadomość – mówiąc innymi słowy – że nie ma lepszego sposobu, żeby stać się autentyczną bestią, niż przyjąć postawę bojownika o światło i prawdę, który nie dostrzega zła w sobie, nie potrafi się zatem w żaden sposób uporać z własnym „cieniem”. A tym samym staje się dosłownym uosobieniem wszystkich cech, z którymi, jak mu się wydawało, pragnął podjąć ze wszech miar słuszną i chwalebną walkę.

Droga ponad światem

0%

Nie ma dla ciebie okrętu – nie ufaj próżnym nadziejom – nie ma drogi w inną stronę.

Konstandinos Kawafis „Miasto”, w przekładzie Zygmunta Kubiaka

1967 rok. Kwitnie amerykańska kontrkultura przeniknięta fascynacją wschodnimi technikami kontemplacyjnymi, duchowymi wszechświatami odsłaniającymi się po zażyciu LSD, opowieściami Carlosa Castanedy o tajemniczym Don Juanie, szamanie z plemienia Yaqui, dysponującym pradawną wiedzą o naturze świata, w którym żyjemy i umieramy (aby dalej żyć).

W powietrzu krążą wywrotowe idee Alberta Hoffmana, Timothy’ego Leary i Herberta Marcuse. Wolna miłość i medytacja, kwasowy trip i szamański trans pozwalają chociaż o centymetr uchylić grubą, ciemną zasłonę, bezwzględnie rozpostartą w drzwiach percepcji przez kostyczną mieszczańską kulturę Zachodu. Wspólnota doświadczenia buduje się nie tylko poprzez zgodne odrzucenie kazamatów hipokryzji i bezwarunkowe uwolnienie seksualności, ale także w oparciu o pewną głębinową intuicję – znaną właściwie wszystkim, zachodnim i wschodnim, szkołom ezoterycznym czy inicjacyjnym. Intuicję, którą – kilkadziesiąt lat później – najdoskonalej artykułuje hasło reklamowe towarzyszące kampanii promocyjnej pierwszej części filmu „Matrix” braci Wachowskich (dziś już powiedzielibyśmy – rodzeństwa Wachowskich, starszy z braci, Larry, przeszedł bowiem niedawno operację zmiany płci i stał się Laną Wachowski). Hasło brzmiące: „Czy kiedykolwiek wydawało ci się, że z tym światem jest coś nie w porządku?”.

Jeśli tak ci się kiedykolwiek wydawało – bogate instrumentarium pozwalające przejrzeć przez warstwę iluzji wprost do istoty rzeczy, jest już do twojej pełnej dyspozycji. Nie pozostaje dłużej w ukryciu – skrzętnie separowane od profanów, pielęgnowane przez indiańskich curanderos i brujos, aleksandryjskich kabalistów, zakamuflowanych gnostyków, albo starych mędrców zamieszkujących niedostępne himalajskie krajobrazy. Możesz go użyć tu i teraz.

Medytacja, lewitacja, kwas, ekstaza i wyzwolenie. Rok 1967.

2.

20 października 1967 roku. Hasła wypisane na wielkich transparentach bez wyjątku domagają się natychmiastowego zakończenia wojny w Wietnamie. Grupa około pięćdziesięciu tysięcy demonstrantów otacza Pentagon, zasiada w medytacyjnej pozycji lotosu i rozpoczyna monotonne inkantacje wschodnich mantr. Na kilka godzin okolica zaczyna przypominać jakąś ogromną buddyjską albo hinduistyczną świątynię.

Demonstrantom chodzi jednak o coś więcej niż wznoszenie wspólnych modłów, albo adorację jakichś egzotycznych wielogłowych bóstw, jakich bez liku zarówno w hinduizmie, jak i buddyzmie, zwłaszcza tybetańskim. Ta połączona siła pięćdziesięciu tysięcy umysłów dokonać ma – zgodnie z deklaracjami liderów demonstracji – czegoś niemożliwego. A mianowicie – w szerszym planie – raz na zawsze ujawnić zdecydowaną dominację umysłu nad materią. Oraz – w planie węższym – spowodować, że budynek Pentagonu uniesie się w powietrze, niczym balon napełniony helem.

3.

Na zdjęciach z tego osobliwego wydarzenia, niektórzy co bardziej przekonani i zapalczywi zwolennicy prymatu ducha nad ciałem, po dziś dzień dopatrują się znamion spełnionej lewitacji. Zwracają uwagę na rzekomo naruszoną konstrukcję nośną rządowego budynku, niedostrzegalne na pierwszy rzut oka krzywizny w okolicach fundamentów, albo wyraźne ich zdaniem oboczności zazwyczaj spoistego i jednorodnego tynku. Nawet ogólne rozczarowanie, z jakim pięćdziesięciotysięczny tłum rozchodził się do domu, nie przekonuje tych apriorycznych głosicieli dobrej metafizycznej nowiny. W ich osobistych światach, materia już dawno została strącona z piedestału, przestała stawiać opór naszym najdzikszym nawet i najbardziej wybujałym pragnieniom, została rozpuszczona i rozproszona w strumieniu kosmicznego, a także, jak lubią mówić (bo daje to ich religii atrakcyjną naukową autoryzację), kwantowego światła – tożsamego z miłością, radością i last but not least bogiem.

4.

Czy w tej mistycznej próbie uniesienia Pentagonu w powietrze, w tym akcie oporu wobec okrucieństw wojny realizowanym za pomocą medytacji i mantr, w tej deklarowanej otwarcie potrzebie uzyskania pełnego władztwa nad światem ciał i przedmiotów – nie kryje się jednak coś równie mrocznego, równie apodyktycznego, równie absolutystycznego, co w agresywnych materialistycznych ideologiach z jednej strony i w agresywnych konkwistadorskich religiach z drugiej? Czy medytacyjna nirwana realizowana w celu pełnej transcendencji od bolączek i trudów rzeczywistości, nie jest aktem zwykłego egoizmu? Czy nie zabija uważności i wrażliwości – o których przecież twierdzi, że są wartościami, które pragnie wzmacniać i pielęgnować? Czy retoryka władzy – bez względu na to czy chodzi o władzę polityczną, osobistą czy metafizyczną – nie niesie ze sobą przesłania w gruncie rzeczy zimnego i zamkniętego na różnorodność, niejednoznaczność i płynność każdego języka, który próbuje okiełznać bogaty żywioł doświadczenia? Czy duchowa droga ponad światem nie jest więc w gruncie rzeczy drapieżnym – a nawet okrutnym – skrótem?

Siadając do medytacji w pokoju pachnącym sandałowymi kadzidełkami warto zadać sobie od czasu do czasu również i takie pytania.

Mistrz

0%

To opowiadanie znalazło się w finale konkursu na najlepsze opowiadanie w ramach 11 Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania we Wrocławiu. Po raz pierwszy ukazało się w pokonkursowej antologii „Obiecaj”, pod redakcją Dariusza Sośnickiego. Tutaj możecie przeczytać „wersję reżyserską” – przed skrótami i redaktorskimi zmianami.

Wahając się jeszcze przez chwilę, a właściwie opierając gwałtownemu natłokowi obrazów przeszłości, które wywołał drażniący dzwonek iPhone’a (sam ustawił sobie taki sygnał, przypominający wycie dzikiego psa, ale za to skutecznie przebijający się przez każdy uliczny zgiełk) – nacisnął zielony przycisk, podniósł aparat do ucha i tonem człowieka obudzonego w środku nocy powiedział „słucham?”, choć przecież doskonale wiedział kto dzwoni, a co więcej domyślał się dlaczego.

Głos właściwie się nie zmienił, był tylko cichszy, jakby słabszy, jakby dobywany z jakichś skrytych i miękkich rejonów tego potężnego ciała, którego sylwetka natychmiast stanęła mu przed oczami. Ale mogła to być przecież gra, jedna z wielu maskarad, w których Mistrz się specjalizował, albo raczej które go współtworzyły, ktokolwiek bowiem Mistrza lepiej poznawał, z czasem zaczynał odnosić wrażenie, że człowiek ten składa się wyłącznie z fantomatycznych masek, a każda, która opada, odsłania kolejną – równie pstrokatą i egzotyczną, co poprzednia.

***
– Adam – powiedział Mistrz – to ty? Ja już straciłem nadzieję. Tyle razy dzwoniłem, nigdy nie odbierałeś, nie oddzwaniałeś…
– Ale teraz odebrałem – odpowiedział, czując narastające zniecierpliwienie, choć rozmowa właściwie jeszcze się nie zaczęła.

***
Nie zapalając światła, przyciskając telefon do ucha, podszedł do okna i wyjrzał na wciąż jeszcze o tej porze ruchliwą ulicę. Długi, zaplątany kokon samochodów tworzył ciągnący się kilometrami korek. Na szczęście solidne, dźwiękochłonne szyby chroniły go przed uciążliwym szumem silników, a także przed wrzaskami ogarniętych drogowym amokiem warszawskich kierowców. Od kiedy odeszła od niego Anka, nienawidził tego widoku, nienawidził tego mieszkania, nienawidził tego miasta. Pensja adiunkta na podrzędnej uczelni nie dawała mu jednak żadnych szans na przeprowadzkę, przynajmniej na razie, przynajmniej dopóki – w co cały czas jakoś wierzył, a tę wiarę, musiał to przyznać, zaszczepił mu dziesięć lat temu Mistrz – wszystko w jakiś radykalny sposób się nie odmieni. Ta wiara jednak stopniowo blakła, tak jak blakła pamięć o tych dwóch latach, kiedy dumnie nazywał się uczniem swojego Mistrza, i tak jak nie chciała zblaknąć w nim Anka, która pewnego dnia po prostu go opuściła, zabrała rzeczy i wyszła, bo z kolei jej wiara w cudowne przemienienie u jego boku już się doszczętnie wyczerpała. A to było wszystko, co trzymało ją przy życiu, musiała więc – żeby przeżyć – oddać się we władanie jakiejś innej, pulsującej życiem iluzji.

I jakąś znalazła, nie chciał wiedzieć gdzie i z kim, nie chciał nic o niej wiedzieć, chciał ją wyeksmitować nie tylko z tego domu, w którym każdy przedmiot nosił nieusuwalne ślady jej dotyku, ale także ze swoich snów i myśli, które gnieździły się w nim jak śliskie węże w zakamarkach żołądka. I nie był ich w stanie zadusić nawet gorący alkohol, który metodycznie wlewał w siebie wieczorami, wydzwaniając potem, w zdradliwej euforii zamroczenia, po agencjach towarzyskich. Budził się po tych rozedrganych nocach, w chaosie porozrzucanych butelek, z bólem głowy, sercem walącym jak karabin maszynowy, i rozwścieczonym rojem węży wygryzających mu żołądek. Zwlekał się resztką sił z łóżka, łykał cztery tabletki relanium, które łaskawie wypisywał mu znajomy lekarz, nie pytając o nic, nie przestrzegając przed benzodiazepinową zależnością, nie prawiąc morałów i medykalistycznych kazań. A kiedy chemia już siłą obezwładniała mięśnie i usypiała rój w żołądku, wchodził pod prysznic, z niewczesną ulgą modelował w wyobraźni swoje życie na nowo, przekonywał sam siebie, że z pewnością to wszystko nie może tak trwać – i uśpiony na moment obietnicą wielkiej przemiany, pozwalał wodzie spływać i zmywać lepkie ślady poprzedniego wieczora. Potem wychodził na uczelnię, gdzie w dowodzonym przez tępawego profesora nauk o sporcie zakładzie kwitł mobbing, na który obłudnie starał się nie zwracać uwagi, stawał przed studentami i z poważną miną godzinami wykładał im historię zachodniej etyki.

A potem wracał do domu i padał ze zmęczenia, czasami zasypiał, czasami po prostu bezmyślnie wchłaniał godziny oglądając kolejne odcinki amerykańskich seriali, aż nadchodził wieczór, a wraz z nim chwilowy stan zawieszenia, przez tybetańskich znawców śmierci nazywany stanem bardo i zupełnie niesłusznie utożsamiany z fazą egzystencji następującą dopiero po ustaniu pracy serca. Bardo, w które pomiędzy 18.00 a mniej więcej 22.00 zapadał, wypełniało go nieznośnym poczuciem bezczasu, podszytym jednocześnie jakimś gorączkowym oczekiwaniem, które nie kierowało na żaden horyzont, nie wychylało w żadną przyszłość. Niekiedy po godzinie, niekiedy po dwóch, sięgał w desperacji po butelkę wina, żeby na powrót doświadczyć przemocy czasu, rozproszyć znieruchomienie, nabrać jakości. I wówczas koło mai zaczynało z mozołem wprawiać się w ruch – rozwijając rzeczywistość jak watę cukrową, a zarazem w tej samej chwili łapczywie ją pożerając.

Mistrz zadzwonił właśnie w epicentrum bardo. I chociaż Adam wielokrotnie wcześniej ignorował jego natarczywe próby kontaktu, tym razem, wiedziony kaprysem, a może jakimś szczególnym błyskiem intuicji, postanowił jednak z nim porozmawiać. Zwłaszcza, że ostatni raz Mistrz dobijał się do niego cztery lata temu, kiedy to nakłaniał go do potajemnej, pantoflowej zbiórki pieniędzy na pomoc rzekomo śmiertelnie chorej żonie, choć zapytany na co właściwie ona choruje, nie potrafił nic konkretnego powiedzieć. Co zresztą dowodziło tylko jego pychy, był bowiem tak bardzo przekonany o sile swojej perswazji, że nie przygotował nawet odpowiedzi na to tylko nieco bardziej podchwytliwe pytanie.

***
– Wiele razy – mówił Mistrz tym nienaturalnie cichym, teatralnie jakby osłabionym głosem – pomagałem innym, właściwie całe życie poświęciłem tej pomocy, nigdy nie odmawiałem, ludzie zawsze mogli na mnie liczyć…

***
Adam się nie odzywał, słyszał już ten wstęp wielokrotnie, każda rozmowa z Mistrzem zaczynała się od podobnej introdukcji, początkowego rozpulchniania podłoża, w które już za chwilę zostaną wbite ciężkie kliny manipulacji. Mistrz bowiem właściwie nigdy nie rozmawiał, on wyłącznie wywierał wpływ, wyłącznie realizował jakieś z góry założone cele, które zresztą zazwyczaj sprowadzały się do finansów: interlokutor poddany rozmaitym retorycznym zabiegom i rytuałom prowadzony był przez Mistrza stopniowo do miejsca, w którym powinien zrzec się na jego korzyść wszelkiego swojego majątku i w pokorze oraz uwielbieniu podążyć za naukami nowego przewodnika. Byłaby to faktycznie zwykła szarlataneria i żerowanie na naiwnych, gdyby nie dwie okoliczności, które sprawiały, że Adam nie był w stanie z Mistrzem się uporać, nie był w stanie zakwalifikować go jako prostego oszusta, co zdecydowanie ułatwiłoby mu definitywne zerwanie tej znajomości.

Po pierwsze więc, Mistrz naprawdę dysponował niecodziennymi umiejętnościami, choć – jak Adam zaczął w pewnym momencie podejrzewać – sam nie rozumiał w jaki sposób robi to, co robi, stąd mnogość rozmaitych interpretacji, którymi szermował na lewo i prawo, dostosowując aktualną wersję do okazyjnych potrzeb oraz możliwości, a także zapotrzebowań konkretnego audytorium.

Po drugie natomiast, te rozmaite czynione przez Mistrza manipulacje były tak niewprawne, że z chwilą aplikacji traciły na wszelkiej drapieżności, cóż to bowiem za drapieżnik co zamiast zmyślnie skradać się do ataku defiluje przed potencjalną ofiarą, szczerzy kły, pręży muskuły i pazurem pokazuje, którą jej część zamierza skonsumować w pierwszej kolejności. Dlatego nawet jeśli niewątpliwa charyzma Mistrza przyciągała do niego różnych poszukiwaczy egzotycznej duchowości, albo uzależnionych od kokainy menedżerów wyższego szczebla, których, stosując swoje importowane zza wschodniej granicy dziwaczne sposoby hipnotycznego oddziaływania szybko wyciągał z uzależnienia – to po krótkotrwałym obcowaniu z Mistrzem, kiedy tlała woń rozpylanego niczym szlachetna perfuma uroku, wszyscy w popłochu się od niego oddalali. I choćby ordynowane przez Mistrza specyficzne ćwiczenia cokolwiek swobodnie przez niego traktowanej jogi kundalini przemieszanej z praktykami gimnastycznymi przechowywanymi w Rosji od najdawniejszych czasów przynosiły rewelacyjne efekty – sam guru stawał się w oczach ćwiczących nieznośnym natrętem, którego dusza okazała się najwidoczniej impregnowana na oddziaływanie swoich własnych technik. W takich chwilach nie działały już nawet klecone przez Mistrza na poczekaniu uzasadnienia, że mianowicie dar przekazywany za jego pośrednictwem jest tak niebywale rzadki, nieosiągalny w żaden inny sposób, a przy tym tak fundamentalnie drogocenny, że wyłącznie datki liczone w tysiącach euro są w stanie choćby minimalnie zrównoważyć jego niemożliwą przecież do całkowitego zrównoważenia wartość. Na tę monotonnie odtwarzaną taśmę, przypominającą jako żywo nagrania domorosłych specjalistów od programowania osobistego bogactwa, którzy wszakże własnego bogactwa dorobili się nie żadną pracą, a jedynie poradami w tym stylu, alergicznie reagowali nawet ludzie początkowo nastawieni do Mistrza bardzo pozytywnie, gotowi uwierzyć we wszystkie niezwykłości, które na swój temat opowiadał. Adam brał udział w wielu takich spotkaniach, bo przez pewien czas pełnił właściwie rolę kogoś w rodzaju osobistego sekretarza Mistrza. A także jego ambasadora – polskim obywatelstwem oraz karierą uniwersytecką niejako autoryzującego te dziwaczne opowieści.

***
– A teraz – ciągnął Mistrz po stosownej pauzie, kiedy to spodziewał się zapewne usłyszeć jakieś słowa potwierdzenia – tak się złożyło, że i ja pomocy potrzebuję. Wiesz, tak w życiu bywa, raz pomagasz, raz tobie potrzebna pomoc. Proszę, spotkajmy się, wszystko ci opowiem, nie można przez telefon… Obiecaj, że się spotkamy…

***
Gdyby nie stan bardo, gdyby nie ta trudna do wytrzymania pustka przejściowych wieczornych godzin, nie zgodziłby się na spotkanie, kolejne spotkanie, przebiegające zapewne wedle z góry znanego scenariusza. Mistrz będzie budował przed nim miraże tylko po to, żeby ostatecznie poprosić go pieniądze, które następnie spożytkuje w sobie tylko znany sposób, miał bowiem nieustannie jakieś tajemnicze zobowiązania, jakieś dziwne zależności, jakieś mętne długi powstałe wskutek rozmaitych nieprzemyślanych inwestycji, mających wreszcie ziścić sen o należącym się przecież Mistrzowi wielkim bogactwie, a w szczególności o willi nad brzegiem morza, w której odwiedzać go będą hollywoodzkie gwiazdy, sypiące milionami dolarów za okazję poddania się wpływowi jego unikalnej magii. Tymczasem od kilkunastu lat mieszkał w Warszawie, wynajmował wielkie mieszkanie, w którym przyjmował uzależnionych od wszelkich istniejących substancji nieszczęśników, wszystkie zaś w ten sposób zarobione pieniądze, których nie wydawał na drogie garnitury – niezbędne, co podkreślał, w pracy, każdy bowiem, kto do niego przychodzi, musi widzieć, że ma do czynienia z „poważnym człowiekiem” – przesyłał do Rosji. Tam bowiem mieszkała jego wiecznie nienasycona żona, w żadnym razie nie chcąca słyszeć o przeprowadzce do Polski, przyzwyczajona natomiast do wystawnego moskiewskiego życia, które wiodła z mężem w czasie, kiedy był jeszcze szefem wielkiego centrum leczenia uzależnień, założonego w latach 80. przez pewnego ukraińskiego wracza, twórcy specyficznie rosyjskiego wynalazku, czyli tak zwanego „kodirowania”.

„Kodirowanie” polegało na implementowaniu alkoholikom swoistego psychicznego esperalu, czyli przekonania, że jeżeli napiją się wódki ich mózg eksploduje, a dusza pójdzie na wieczne zatracenie. Mistrz – z wykształcenia dentysta – zetknął się z owym wraczem na dość wczesnym etapie swojej kariery, a następnie zmodyfikował jego metodę i zamiast straszyć, skutecznie zobojętniał. Efekt nie był wprawdzie długotrwały, zaledwie mały procent jego klientów utrzymywał długoletnią abstynencję, ale aura niesamowitości towarzysząca dziwnym czynnościom, które w trakcie „leczenia” wykonywał, wystarczała, żeby całkiem nieźle poradzić sobie w warunkach rosyjskiego feudalnego kapitalizmu, który nastał zaraz po pierestrojce.
Z jakichś jednak tajemniczych powodów – w życiu Mistrza bowiem wszystko bez mała było co najmniej tajemnicze – musiał w pewnym momencie opuścić Moskwę i na stałe osiąść w Polsce, co nie do końca mu odpowiadało, zwłaszcza że polscy biznesmeni, a w ten target właśnie Mistrz zamierzał celować, nie byli zbyt chętni do przekazywania mu pod stołem walizek z drogocennym kruszcem, strategia zaś budowania relacji społecznych w oparciu o manifestowaną na każdym kroku wyższość przysparzała mu nad Wisłą raczej wrogów, niż przyjaciół. W poszukiwaniu więc jakichś atrakcyjnych haseł, otwierających wrota do większych zarobków, Mistrz sięgał po coraz bardziej ekstrawagancko brzmiące oferty, aż doszedł do tej najbardziej szaleńczej, porażającej swoją dalekosiężną, metafizyczną wręcz bezczelnością, a mianowicie: „stań się tym, kim chcesz się stać”.

Ni mniej, ni więcej, tylko tak właśnie – Mistrz z pełną powagą przekonywał, że, jak się często wyrażał, „mocą danej mu wiedzy” gotów jest przemienić każdego w majaczący gdzieś dotąd na niedościgłym horyzoncie marzeń ideał. Wystarczyło kilka spotkań z Mistrzem, w trakcie których mamrotał pod nosem specjalnie do tego celu opracowane zagawory, miarowo stukał kciukiem w blat biurka, dmuchał imitując odgłos wiatru oraz wykrzykiwał jakieś niezrozumiałe zaklęcia wprost nad głową pogrążonego w indukowanej bezwładności pacjenta. Ponieważ jednak Mistrz wyprzedził niejako swój czas – coaching i różne inne techniki tożsamościowe, które, w oparciu o wizualizację i fanatyczne orientowanie się na sukces, obiecywały radykalną przemianę najbardziej nawet mizernego losu w tryskającą kolorowym szczęściem baśń, miały w Polsce zyskać popularność dopiero kilka lat później – klientela nieszczególnie dopisywała. Zaporowa cena – od której Mistrz nie chciał nawet o centa odstąpić – odgrywała tutaj oczywiście niebagatelną rolę, odstraszająco działało jednak także rosyjskie pochodzenie. Słowem, soczyste i bujne marzenie o bogactwie poczęło wkrótce marnieć i blednąć.

W takim właśnie momencie pojawił się w życiu Mistrza Adam, który trafił do niego właściwie przypadkowo, polecony Mistrzowi przez pewną wspólną znajomą jako doskonały pomocnik w trudnym zadaniu postawienia na serwerach strony internetowej sławiącej jego imię i skuteczność. Ich wzajemne potrzeby i mniej lub bardziej ukryte oczekiwania w tym jednym momencie doskonale się ze sobą zespoliły. Adam – po dziesięciu latach przebywania w starannie izolującym go od świata inkubatorze magisterskich, a potem doktoranckich studiów socjologicznych, przeżywał właśnie bolesne zetknięcie z rynkiem pracy; Mistrz – z sobie tylko znanych powodów cierpiący wygnanie w kraju obcym i nieprzyjaznym, usiłował negocjować między dojmującą niemożliwością osiągnięcia pożądanego pułapu bogactwa oraz swoim głębokim przekonaniem, że się mu ono należy, jak cesarzowi to, co cesarskie.

***
– Dobrze, spotkajmy się – powiedział wreszcie Adam – przyjadę do pana. Rozumiem, że mieszka pan w tym samym miejscu?

***
I momentalnie powróciło do niego tamto mieszkanie, koniecznie w dobrej dzielnicy, koniecznie w centrum miasta, koniecznie trzypokojowe, żeby można było w jednym pomieszczeniu spać, w drugim żyć, a w trzecim przyjmować interesantów. Ci zaś, przekraczając te progi, od razu winni pojmować, że człowiek, który tu mieszka, a któremu powierzyć zamierzają swoje dusze, nie przymiera głodem, nie bieduje, przeciwnie, zażywa wystawnych uciech, stać go bowiem na to, dzięki cichemu powiernictwu świadczących o jego skuteczności zadowolonych bogaczy.
Ile godzin w tym mieszkaniu spędził? Ile trwały te długie rozmowy, te przygotowania – taki był wszak plan pierwotny – do książki, na której kartach zapisane zostanie skomplikowane życie Mistrza, jego droga do tajemnej wiedzy przekazanej mu niegdyś w małej malezyjskiej chatce przez skośnookiego staruszka o zagadkowo intensywnym spojrzeniu, na mgnienie tylko przybierającego cielesną postać, żeby potem, po inicjacji, jakiej Mistrzowi udzielił, zniknąć bezpowrotnie, wraz z chatką, gdzieś w nieskończonych astralnych przestworzach.
Czy Adam wtedy naprawdę wierzył w tę opowieść? Czy wierzył też w inne jej warianty – Mistrz bowiem zdawał się w ogóle nie przywiązywać wagi do tego, co i komu mówił, stąd różne wersje pączkowały zeń jak na przyspieszeniu w przyrodniczym filmie, mieszały się ze sobą, splatały, stopniowo formując chaotyczny patchwork, w którym nawet sam autor nie był w stanie zidentyfikować żadnej regularności?

Czy wierzył zatem, że pierwotnych wtajemniczeń w magię udzielał Mistrzowi ojciec, podmoskiewski znachor, w czasach ciemnego stalinizmu kultywujący, mimo skrajnych narażeń, sekrety prastarego słowiańskiego czarostwa? Czy wierzył, że – innym znowu razem – posiadł Mistrz swoje umiejętności na drodze naukowych eksperymentów przeprowadzanych pod okiem czujnych ekstrasensów z KGB, którzy – wbrew zwiedzionej na trzęsawiska racjonalizmu i naturalizmu zachodniej nauce – doskonale zdawali sobie sprawę, że pod podszewką tego świata istnieje też inny, niewidzialny, a drogę do niego można odnaleźć i zoperacjonalizować w taki sam sposób, w jaki ongiś pionierzy ujarzmili stepy amerykańskich Wielkich Równin stalowym kagańcem kolejowej trakcji? Czy wierzył, że pisana wielką literą Wiedza przechowywana jest od niepamiętnych czasów gdzieś na rubieżach Rosji – kraju w przedziwny sposób stapiającego ekstatyczną mistykę z tandetną codzienną entropią – przez rozczochranych i wiecznie podpitych wiejskich uzdrowicieli, do których nie trafisz, choćbyś był wyposażony w najlepszego GPS’a, bo drogę znaleźć mogą tylko ci, co znaleźć ją mają; i kiedy już ją znajdą, nic nie pozostaje na dotychczasowym miejscu, a spomiędzy graciarni dostępnej pięciu zmysłom przebłyskiwać zaczyna Światło, które reaguje na poruszenia twojej woli, niczym glina na mlecznobiałe dłonie jakuckiej garncarki?

Chyba tak, chyba faktycznie wtedy w to wszystko uwierzył, przynajmniej na chwilę, przynajmniej na czas tej błogiej dwuletniej sedacji, tego snu o ucieczce z beznadziejnie powtarzalnej rzeczywistości, ze zduszenia, uwięzienia, jakby ktoś chwycił go na niewidzialne lasso, ale zamiast ciągnąć za sobą, ujarzmiał w zaznaczonym kredą kółku, tak że każda próba ruchu okazywała się męką.

Czy to więc takie dziwne – myślał po latach, setki razy próbując zrozumieć ten swój ówczesny zachwyt – że rozczarowany nauką, rozczarowany życiem, zwrócił się w końcu w stronę magii?

***
Minęły dwa tygodnie od tej telefonicznej rozmowy, zanim zdecydował się pojechać do Mistrza. Stał przed drzwiami dłuższą chwilę, dopalał papierosa i zastanawiał się dlaczego właściwie to robi, dlaczego jeszcze raz – po tym jak postanowił nieodwołalnie i definitywnie zerwać z Mistrzem wszelkie kontakty – daje się dokładnie w ten sam sposób zwieść na tak dobrze przecież znane manowce.



***
Kiedy już przed laty zrozumiał, że Mistrz jest po prostu nałogowym mitomanem, podręcznikowym wręcz przypadkiem pseudologia fantastica, obdarzonym przy tym jednak czymś w rodzaju genialnej intuicji, dzięki której błyskawicznie orientował się o czym skrycie marzy jego aktualny rozmówca, a następnie stawał przed nim w pełnej krasie niby spełniona tęsknota; kiedy więc zorientował się w tym wszystkim, ogarnęło go przerażenie i rozpacz.
Towarzyszyły mu oczywiście już wcześniej, albowiem czas mijał, a obiecywane przez Mistrza ziszczenie pragnień, głębinowa metanoia wciąż były tylko na horyzoncie. Miesiąc za miesiącem, dzień za dniem, nie nadchodziła ta upragniona chwila, kiedy to Adam – w pocie czoła wykonujący zaordynowane ćwiczenia oddechowe; wpatrujący się godzinami w zapaloną świeczkę przyniesioną z cerkwi, co obudzić miało Adźnię, czakram trzeciego oka, a wraz z nim zdolności jasnowidzenia i spoglądania poza czas i przestrzeń; a przy tym poddawany przez Mistrza regularnym ceremoniom i rytuałom – przemienić się miał w innego zupełnie człowieka, kabalistycznego Adama Kadmona, tego, który istniał w świecie przed upadkiem, tego, który współistniał z bóstwem, i którego udziałem była nieśmiertelność i wolność, i pełne władztwo nad świeżo wykrojonym z odmętu uniwersum materii. Nic takiego nie następowało, Mistrz jednak zdawał się nic sobie z tego nie robić, zupełnie jakby ów brak oczywistych efektów nie był dla niego zbytnio zaskakujący. Od pewnego momentu okazywał wręcz delikatne zniecierpliwienie, kiedy Adam skarżył się, że mająca iść w parze z rozwojem duchowym coraz wyraźniej ponoć dostrzegalna plastyczność świata zjawisk – bo wszak jeśli tylko zapanujesz nad myślami i zaktywizujesz energetyczne pole, wszystko zacznie odpowiadać twoim pragnieniom i potrzebom – to wciąż tylko niezrealizowana obietnica.

Co więcej, stopniowo zaczął dostrzegać też paradoksy, które wcześniej mu umykały. Mistrz na przykład – wielokrotnie zapewniający o swoim duchowym zaawansowaniu, a także o rozwiniętych umiejętnościach przewidywania przyszłości oraz wiedzy o poprzednich i kolejnych wcieleniach – zdawał się stresować w rozmaitych codziennych sytuacjach, zwłaszcza związanych z wciąż niesatysfakcjonującymi go finansami, a to, jak na człowieka, który przecież wie, co będzie, wydawało się mimo wszystko reakcją dość nieoczywistą. Zdarzyło się też kilkakrotnie, że usłyszawszy od Mistrza jakąś opowieść, albo nauczywszy się od niego jakiejś kolejnej niezwykłej techniki – jak choćby przepuszczania przez siebie wiatru, czego uczył go Mistrz w styczniu nad Bałtykiem, zmarzłszy zresztą okrutnie, jak się wówczas Adamowi przez moment wydało – odkrywał potem jej dokładny opis w którejś tych z kolorowych, ezoterycznych rosyjskich książek w miękkich okładkach, które Mistrz namiętnie czytywał. Choć pytany czy zawierają jakieś okruchy prawdziwej Wiedzy, prychał pogardliwie, dając do zrozumienia, że jest jedynym człowiekiem, który nie tylko okruch, ale cały pokaźny bochenek takiej Wiedzy ma w osobistym władaniu.

Krok po kroku, Adam zbliżał się więc do momentu, w którym nadeszło ostateczne zrozumienie – nie będzie żadnego oświecenia, nie będzie żadnej przemiany, nie będzie wielkiego centrum, w którym on, przemieniony już i narodzony w duchu na nowo, wraz z Mistrzem przyjmować zaczną spragnionych metafizycznego pokarmu biznesmenów i aktorów. Nie będzie szczęśliwych przypadków, które usłużnie sformują rząd zdarzeń wiodących go do zaspokojenia wszystkich życiowych potrzeb.

Rozczarowanie mieszało się w nim ze zdziwieniem – jak mógł być tak naiwny, jak mógł dać się opleść tym bluszczem bzdur i banałów, jak mógł roztrwonić tyle czasu na te wszystkie idiotyczne ćwiczenia, na te niekończące się rozmowy, na te godziny spędzane przed monitorem, kiedy używając wszystkich swoich retorycznych umiejętności tworzył kolejne foldery zachwalające umiejętności Mistrza, unikając jednak bezpośrednich odniesień do magiczno-ezoterycznej terminologii, ten bowiem aspekt przeznaczony był tylko dla nielicznej garstki wiedzących czy raczej widzących, na czele której, jakżeby inaczej, stał Adam, uczeń, który nareszcie znalazł swojego nauczyciela.

Odciął się więc od niego, przestał odbierać telefony, zamknął ten rozdział i pokornie wrócił na uniwersytet.

Wciąż unosiło się nad nim jednak widmo Mistrza, niczym ponure ptaszysko kołujące nad rozkładającymi się zwłokami. I pamięć tego jedynego prawdziwego momentu radości. I nadzieja, że jeszcze kiedyś nadejdzie – choć pod inną zupełnie postacią.

***
Drzwi się otworzyły czy raczej otworzył je otulony cienkim, brudnym szlafrokiem, pomarszczony, mały szkielet, poruszający się z pomocą chodzika, niemiłosiernie biały, zaciskający szpony na metalowych ramach, pozbawiony prawie zębów, wyłysiały, dygoczący i z trudem połykający każdy oddech.

Adam odruchowo się cofnął, przekonany najpierw, że pomylił mieszkania, co nie byłoby znowu tak bardzo nieprawdopodobne, biorąc pod uwagę lata, jakie minęły od ostatniej wizyty. Jednak wiedział od razu, w jakiś sposób może nawet to przeczuwał, że ma przed sobą Mistrza. Tego napompowanego witalizmem atletę, tego jogina i czarownika, tego jasnowidzącego uwodziciela, który nareszcie został zesłany między śmiertelników.
– Widzisz – wyszeptał szkielet – widzisz, co się stało?
Musiał pomóc mu dojść do łóżka, wielkiego, brudnego łóżka, na którym walały się resztki jedzenia i stare rosyjskie podręczniki medyczne przemieszane z jakimiś tanimi poradnikami o cudownych metodach leczenia raka. Słuchał długo jego rwanej opowieści – o niespodziewanej diagnozie, którą postawiono mu w szpitalu, gdzie trafił wprost z ulicy, bo nagle stracił przytomność, wcześniej nie czując, że cokolwiek złego dzieje się z jego ciałem; o beznadziejnej prognozie – że ma przed sobą najwyżej kilka miesięcy życia, a w jego stanie i w jego wieku jakakolwiek chemioterapia tylko przyspieszy najgorsze; o braku ubezpieczenia – i polskiego, i rosyjskiego, bo przecież nigdy nie miał głowy do zajmowania się takimi sprawami; o nowotworze, który miał nadzieję pokonać, stosując zmodyfikowane warianty swojej magii, tak przecież skutecznej w odniesieniu do wielu innych, najbardziej nawet drapieżnych problemów; o czasie, przede wszystkim o czasie, którego na opracowanie odpowiednio przemyślnej strategii w tej walce potrzebował; o ludziach, którzy się od niego odwrócili, a odwrócili się wszyscy, łącznie z rosyjską żoną, która nigdy go nie odwiedziła, przestała odbierać od niego telefony; o pieniądzach, pieniądze są najważniejsze i potrzebne, bo na sprowadzany z Niemiec wyciąg z pestek moreli, który był rzekomo niebywale rakobójczy, wydał wszystkie oszczędności i teraz, dzisiaj, nie ma już nawet za co kupić sobie jedzenia, i nie ma właściwie siły, żeby wstawać z łóżka, więc Adam musi mu pomóc.

***
Pomóż mi, Adam, obiecaj, że mi pomożesz; że mnie tak nie zostawisz; że zbierzesz jakieś pieniądze; że mi kupisz jedzenie; że mnie będziesz odwiedzał i obmyślimy metodę, dzięki której poradzimy sobie z tą chorobą; ja potrzebuje tylko czasu i pieniędzy; wiesz, że jestem człowiekiem o niezwykłych umiejętnościach i o niezwykłej wiedzy; jeśli tylko dostanę jeszcze trochę czasu, na pewno z tym sobie poradzę; a wtedy napiszemy wspólnie książkę; wtedy założymy wielkie centrum leczenia nowotworów; tylko ja mogę znaleźć lekarstwo, ale potrzebuję do tego czasu, więcej czasu; i więcej pieniędzy, żeby jeść, żeby żyć, żeby znaleźć lekarstwo; ja je na pewno znajdę, a wtedy kupimy wielką willę nad morzem i założymy tam szpital; będą do nas przyjeżdżali ludzie z całego świata; mieszkać będziemy oczywiście w innych miejscach, ale blisko, tak, żeby można było w dziesięć minut samochodem dojechać do ośrodka; od tych bogatych będziemy brali solidne pieniądze; no sam powiedz: ile taka wiedza powinna kosztować; nikt dzisiaj nie umie poradzić sobie z rakiem, więc ile to powinno kosztować; może milion, może dwa miliony euro; ja nie wiem, ty mi powiedz, sam to oblicz; ja nie potrafię, ja nie jestem od biznesu; ja chcę ludziom pomagać po prostu, zawsze tak było i zawsze tak będzie; więc ty się zastanów i opracujemy cennik, ale oczywiście tych biednych będziemy leczyć nawet za darmo, to jest oczywiste; ale przede wszystkim teraz potrzebuję czasu, więc pomóż mi, Adam, obiecaj, że mi pomożesz.

***
Mistrz śpi, jego zapadnięta pierś ciężko i powoli się unosi, spod kołdry wystaje noga – biały, cienki jak młoda gałąź szpon, pokryty siniakami i zadrapaniami, wstrząsany od czasu do czasu bezwiednym skurczem. Adam stoi nad nim i myśli, że to jest właśnie sprawiedliwe i potrzebne. Że oto działa los, działa przeznaczenie – te słowa odmieniane przez Mistrza na wszelkie sposoby w różnych baśniowych wariantach, w które sam chyba pragnął wierzyć, oto te słowa, dawno już przebrzmiałe, nabierają teraz zaskakująco świeżego, nowego znaczenia. Że wreszcie to rozczarowanie, to bezbrzeżne rozczarowanie, w którym Adam żyje od czasu, kiedy się zetknął z Mistrzem, stanie się także jego udziałem.

Że Mistrz musi je poczuć i musi tym zostać zmiażdżony.

Choćby przez chwilę, choćby w tym krótkim zrywie świadomości tuż zanim zgaśnie.

***
Mistrz wciąż śpi, a on bierze do ręki jego telefon komórkowy, wyjmuje kartę, telefon zaś umieszcza na szafce przy łóżku. Wprawdzie nikt do Mistrza nie dzwoni, ale i on nie będzie mógł do nikogo zadzwonić. Wychodząc, starannie zamyka drzwi. To nie jest przecież żadne morderstwo, to raptem delikatne zaniechanie, ile temu człowiekowi tak czy inaczej jeszcze pozostało – tydzień, dwa tygodnie, miesiąc?

Idzie chodnikiem i zastanawia się czy kiedy Mistrz już zrozumie, że pozostaje mu najwyżej skok z piętnastego piętra, skok z piętnastego piętra albo śmierć z głodu i raka, którego nigdy nie pokona, którego nigdy nie wyleczy; czy kiedy już zrozumie, że magia nie działa – czy wtedy na ułamek sekundy się przebudzi i czy wtedy się zdąży przemienić?

I czy przemieni się tak, jak teraz przemienia się Adam, przed którego oczami bezładna plątanina atomów, zdarzeń, wzlotów i upadków, rozpaczy i rozkoszy, układa się wreszcie w jeden, zwarty, uporządkowany wzór?

(2015)

Nauki demona południa

0%

„Co Akkad nam powiedział? Dobrze to pamiętam, chociaż minęło już tyle czasu. Rozpoczął od wyobcowania wewnętrznego, od alienacji z tak zwanego realnego świata, która stanowi oznakę natury religijnej, gdy ta ocknie się ze swojego uśpienia w świecie”.

Lawrence Durrell „Kwintet Awinioński. Monsieur, albo Książę
Ciemności”

Pośród nieprzebranego legionu demonów zaludniających niewidzialną sferę istnienia, jeden zwłaszcza demon – być może ze względu na swoją nader podstępną naturę – zdaje się chrześcijańskim apologetom, interpretatorom i kaznodziejom wyjątkowo niebezpieczny dla integralności (i zbawienia) duszy ludzkiej. A mianowicie – demon południa, na każdego, kto dostanie się w jego niewolę, sprowadzający osobliwy stan zwany acedią. Stan będący czymś pomiędzy melancholią, depresją, przygnębieniem oraz – a może nawet przede wszystkim – dojmującym poczuciem znudzenia, dojmującym poczuciem pełnej zmysłowej i duchowej anestezji.
Bodaj najdokładniej i najpełniej scharakteryzował go Ewagriusz z Pontu, żyjący w IV wieku po Chrystusie pontyjski mnich, jeden z Ojców Pustyni, których „Apoftegmata” – aforyzmy, anegdoty i opowieści dokumentujące ich bogate życie wewnętrzne – mogą, pod względem lapidarności, ostrości, a zarazem głębi, spokojnie konkurować z najbardziej nawet wyszukanymi japońskimi koanami zen. W swoim traktacie „O acedii” pisze Ewagriusz z Pontu między innymi tak (dodajmy tylko, że demon ów nazwany został „demonem południa” ponieważ mnichów przebywających na pustynnym odosobnieniu – których doświadczenia omawia Ewagriusz – atakował ze szczególną zawziętością właśnie o tej porze dnia): „Opanowany przez acedię przy czytaniu wciąż ziewa i łatwo zapada w senność. Pociera oczy i przeciąga się, to znów odwracając oczy od księgi, spogląda na ścianę, znowu obraca się i czyta nieco, i kartkując – bada dokładnie końcówki wypowiedzi. Liczy kartki i ustala liczbę rozdziałów, gani pismo i zdobienie. Wreszcie zamyka księgę, kładzie pod głowę i wpada w sen niezbyt głęboki, ponieważ głód w końcu budzi jego duszę i ulega ona swoim własnym troskom”.

2.

Ten na pierwszy rzut oka niewinny wręcz objaw – jeden z licznych zresztą powodowanych przez demona południa, ale w swej pozornej prostocie doskonale modelowy – skrywa jednak pod sobą iście piekielną czeluść. Uobecnia się w nim bowiem jeden z najstraszniejszych w pojęciu Ewagriusza oraz innych chrześcijańskich mędrców czy mistyków gest: negacja wspaniałości stworzenia. Przychodząca niejako z zewnątrz, niebędąca aktem woli, lecz przeciwnie, wypływająca z jej całkowitej atrofii, odmowa uznania, że ten świat, a zatem także wszystko, co w świecie można i należy czynić, jest światem najwspanialszym z możliwych, dziełem Boga nieskończenie dobrego i nieskończenie kochającego. Boga, który stworzył przecież nie tylko niebo i ziemię, ale także człowieka. I który nie po to tworzył go na swój obraz i podobieństwo, aby ten – znudzony, ziewający, wytrącony niejako z naturalnego rytmu trwania w specjalnie dlań przez Boga przygotowanym porządku czasowości – stawał się demonicznym przeciwieństwem tego wszystkiego, co w stopniu doskonałym i spełnionym reprezentuje jego stwórca czy raczej Stwórca.
W doświadczeniu acedii, w doświadczeniu przygnębiającej, metafizycznej nudy – bo o takiej nudzie tu mowa, nie o przygodnym braku doraźnej stymulacji, ale o przenikającym każdą komórkę ciała i psyche poczuciu próżności jakiegokolwiek działania, jakiejkolwiek aktywności – ujawnia się coś na tyle groźnego, że Ewagriusz z Pontu większą część swojego traktatu poświęca prezentacji rozmaitych psychologicznych (lub, jak kto woli, duchowych) technik, mających na celu skuteczne odpędzenie tego stanu. Już to z pomocą modlitwy, już to pracy fizycznej, już to wychwalania świata stworzonego i prób ignorowania obezwładniających fluidów emitowanych przez demona południa.

3.

Esencją doświadczenia acedii, esencją doświadczenia metafizycznej nudy jest jednak nie tyle negacja wspaniałości stworzenia – tego rodzaju kwalifikacja niesie już w sobie bowiem ładunek klasycznie chrześcijańskiej normatywności, rozmiłowanej w dzieleniu doświadczeń na „złe” i „dobre”, pochodzące od Boga i pochodzące od diabła – ile raczej właśnie wspomniana wyżej osobliwa jakość bezczasu, opuszczenia „naturalnego” porządku następczości i zanurzenia się w nieporuszonej otchłani rozciągającej się gdzieś ponad czy w każdym razie poza poczciwą rytmiką dnia codziennego.
Demon południa wyprowadza nas zatem z tego świata, pozwala nam zajrzeć za kulisy, pozwala zasmakować czegoś fundamentalnie innego. Czegoś, co zwykle pozostaje ukryte. Nieobecne w strumieniu przeżyć, w którym jedno zdarzenie następuje po drugim, w którym ciąg myśli, emocji, zajęć, afektów, przywiązań, „spraw do załatwienia” permanentnie płynie – zakłócany co najwyżej momentami przestoju, odpoczynku czy snu, spośród których jednak każdy kieruje się wciąż w stronę jakiegoś horyzontu, w stronę jakiegoś celu, jakiegoś wyobrażenia przyszłości, jakiegoś pragnienia osiągnięcia tego czy tamtego stanu.

4.

A jeśli to właśnie rzeczywistość, którą odsłania przed nami demon acedii jest właściwym, źródłowym szkieletem świata, w jakim żyjemy – pogrążeni w słodkiej iluzji czasu? A jeśli rację mieli starożytni gnostycy, jeśli rację miał Akkad – bohater genialnego „Kwintetu Awiniońskiego” Lawrence’a Durrella – który przekonywał niewielką grupę swoich uczniów, że wieczność jest stanem znacznie bardziej przerażającym niż życie poddane skończoności?
Skoro tak (nie rozstrzygam, nie zajmuję twardego stanowiska, próbuję tylko myślowego eksperymentu) trudno się wówczas dziwić Ewagriuszowi z Pontu, że zapalczywie usiłował znaleźć techniki mające za zadanie zniwelowanie wpływu demona acedii. Czyż można sobie bowiem wyobrazić gorszy koszmar niż zrozumienie, że nagroda, do której ze wszystkich sił staramy się dążyć, i o którą codziennie błagamy dobrego Boga – nagroda życia wiecznego, przekroczenia uwarunkowań „upadłej” ludzkiej egzystencji, przezwyciężenia śmierci – jest tak naprawdę najstraszliwszą karą, jaką tylko można pomyśleć?

Sen i wstyd

0%

Malownicze pasma górskie Kaszmiru, obejmujące południowo-wschodnią część Karakorum, zachodnią część Himalajów, a także doliny rzek Indus i Czenab, rozciągają się na granicy między Indiami a Pakistanem. W XX wieku oba państwa stoczyły ze sobą aż trzy wojny o prawo własności do tej nieskażonej cywilizacją krainy. Jednak ani gorące polityczne spory, ani zbrojne walki toczone wzdłuż mniej lub bardziej arbitralnie wyznaczonych linii demarkacyjnych, nie zdołały na szczęście skłonić do emigracji wielu joginów i ascetów zamieszkujących kaszmirskie szczyty i doliny. Bodaj najsłynniejszym spośród nich był Gopi Krishna, zmarły w 1984 roku indyjski mistyk i pisarz, autor książki „Kundalini”, która stała się swego czasu biblią licznych zachodnich poszukiwaczy oświecenia i orientalnej mądrości.
W wieku 34 lat Gopi Krishna doświadczył fundamentalnego, transformacyjnego przeżycia, w czasie którego poczuł, że traci indywidualność, łączy się w jedno ze świetlistą, wszechobejmującą świadomością, uwalnia się całkowicie od wszelkich zmysłowych wrażeń i emocji, a finalnie staje się wielkim, niepodzielnym morzem światła i szczęścia. Towarzyszyły temu wszystkiemu – czy raczej poprzedzały to wszystko – także szczególne wrażenia w ciele, a dokładniej przemożne odczucie przebudzenia splecionego u nasady kręgosłupa węża, który, wznosząc się, otwierał następujące po sobie ośrodki energetyczne (lędźwia, pępek, klatka piersiowa, gardło, czubek głowy), w jogicznej anatomii subtelnej określane mianem czakramów.
Odtąd wszelkie bolączki trapiące zwykłych ludzi były Gopi Krishnie dalekie i obce. Z chwilą, kiedy wąż w pełni się wyprostował, osiągnął on bowiem samadhi – stan pełnej wolności, czystego umysłu, doskonałej integracji z najwyższą naturą kosmicznej jaźni.
A przynajmniej tak właśnie – z pełnym przekonaniem – twierdził.

2.

Późną wiosną 1952 roku James Hillman – zmarły przed dwoma laty wybitny amerykański psycholog, twórca psychologii archetypowej – już od kilku miesięcy przebywał w Kaszmirze. Był wtedy niespełna 25-letnim absolwentem filozofii, podróżującym wraz z żoną po Europie i Azji, usilnie próbującym rozpocząć karierę prozaika. Codziennie rano siadał przed maszyną do pisania i mozolnie rozbudowywał fabułę swojej pierwszej, rodzącej się w sporych bólach – i ostatecznie nigdy nie narodzonej – powieści. Pozostały czas wypełniały mu górskie wędrówki, lektury oraz rozmowy z okolicznymi mieszkańcami. To właśnie od jednego z nich – prostego, kaszmirskiego pasterza – usłyszał, że całkiem niedaleko mieszka wielki, oświecony jogin o imieniu Gopi Krishna.
O szczególnym przebiegu tej wizyty Hillman wypowiedział się po raz pierwszy w „psychologicznym komentarzu” do pierwszego amerykańskiego wydania „Kundalini” (1967 r.). Pojawia się w nim rzucona mimochodem uwaga, że po spotkaniu z Krishną przydarzyły się Hillmanowi „jedno lub dwa niezwykłe doświadczenia”, kiedy przebywał wysoko w górach. Jakie to były jednak doświadczenia i co tak naprawdę miał na myśli, pisząc, że indyjskiego jogina uważa za jedną z najbardziej znaczących postaci w swoim życiu, za kogoś, kto „inicjował go w rzeczywistość psychologiczną, którą dopiero później zaczął rozumieć i opisywać” – tego można się było dowiedzieć dopiero pół wieku później. Z monumentalnej, opublikowanej na razie w formie audiobooka (premiera książkowa przewidziana jest na maj 2013), biografii Hillmana, „The Life and Ideas of James Hillman”, pióra Dicka Russella. Przez pięćdziesiąt lat bowiem Hillman nie opowiedział nikomu o tym, co mu się po spotkaniu z Gopi Krishną przydarzyło.

3.

– Wysoko w górach dzieją się niezwykłe rzeczy. Kto chce doświadczyć oświecenia, musi wybrać się na dalekie szczyty – powiedzieć miał Gopi Krishna Hillmanowi, który, jak sam przyznawał, miał do tego rodzaju profecji stosunek zdecydowanie nieufny i sceptyczny. Kilka dni potem wyruszył jednak w samotną górską wyprawę. W jej trakcie miał sen, który dogłębnie nim wstrząsnął, a którego treść wyjawił dopiero swojemu biografowi. Nie zdecydował się na to wcześniej ponieważ – jak tłumaczył – było mu po prostu wstyd.

4.

Spodziewał się bowiem co najmniej równie spektakularnego doświadczenia, jak przebudzenie węża kundalini opisywane przez Gopi Krishnę. Jakiejś erupcji światła, otwarcia czakramów, połączenia z kosmosem, wszechogarniającej przejrzystości. Tymczasem – zamiast tych wszystkich ekscesów i transcendencji, w jego śnie pojawił się bardzo realistyczny obraz: jego matka i babcia, leżące razem w łóżku.
Nic poza tym.
Ten sen – który był wówczas dla Hillmana źródłem upokorzenia i dławiącego wstydu, bo sprowadzał go z wyżyn duchowego uniesienia wprost na ziemię – stał się, jak sam o tym pisał i mówił, właśnie centralną inicjacją w rzeczywistość psychologiczną. W rzeczywistość błędu, niemożności przekroczenia uwarunkowań, niemożności osiągnięcia transcendencji… Ten sen – oraz idący wraz ze snem wstyd, motor napędowy ogromnego wysiłku zrozumienia co właściwie kryje się w tym obrazie, co kryje się w kontekście, w jakim obraz się zjawia – odsłonił przed Hillmanem rzeczywistość ludzkiej psychiki, która jest znacznie bardziej złożona, znacznie bardziej ciemna, znacznie bardziej splątana, aniżeli ekstatyczna rzeczywistość „kosmicznego ducha”. Można więc śmiało powiedzieć, że to właśnie dzięki temu sennemu obrazowi, dzięki kontrastowi jaki wywołał – pomiędzy oświeceniem a nieprzezwyciężalnym uwikłaniem w doczesność – powstała psychologia archetypowa. Ta frapująca dyscyplina rozciągająca się gdzieś pomiędzy literaturą, a filozofią, biorąca za swój główny przedmiot zainteresowania depresję, zdradę, kryzys, samobójstwo, chorobę, ułomność, brzydotę, załamanie, patologię, rozbicie czy bezradność – i odnajdująca w tych doświadczeniach głębię, sens, a nawet piękno. Wskazująca, że bez nich stajemy się bezdusznymi psychopatami – wspinającymi się na szczyt po ekstatyczne przeżycia, ale ślepymi na wielowymiarowość ludzkich losów, niezdolnymi do empatii, okrutnymi, maniakalnie jednostronnymi…
Gdyby nie ten sen, gdyby nie wstyd, Hillman prawdopodobnie nigdy nie doceniłby słów Wallace’a Stevensa, które stały się mottem całej jego niezwykłej psychologicznej i filozoficznej twórczości. Słów, które brzmią: „Droga przez świat jest znacznie trudniejsza niż droga ponad światem”.

Ten trzeci

0%

„Chaos króluje”.

Lis w filmie „Antychryst” Larsa von Triera

W książce „We’ve Had a Hundred Years of Psychotherapy And the World’s Getting Worse” („Psychoterapia ma sto lat, a ze światem jest coraz gorzej”) James Hillman prowokacyjnie odpowiada swojemu przyjacielowi Michael’owi Venturze na z pozoru niewinne pytanie. Czy raczej – na anegdotę o pewnej kobiecie, która przeżyła ciężkie uczuciowe rozczarowanie i doszła na tej podstawie do wniosku, że to właśnie cierpienie, nie zaś pełna nieustającej euforii rajska koegzystencja, jest sednem doświadczenia miłości. Zamiast – jak to zwykle psychologowie mają w zwyczaju – wytłumaczyć Venturze, że jego znajoma w nieuprawniony, a także w pewnym sensie infantylny sposób, dokonała przeniesienia (i rozszerzenia) swojej osobistej klęski na całość romantycznych relacji, Hillman ochoczo się z nią zgadza. Tak – twierdzi z przekonaniem – miłość faktycznie nieuchronnie łączy się z cierpieniem. To właśnie w miłości narażeni jesteśmy na najgłębsze zranienia. To właśnie miłość przynosi całkowite zaprzeczenie wszystkiego, czego od niej oczekujemy.
Nigdzie indziej, w żadnym spośród licznych obszarów naszego życia, rozczarowanie nie zdarza się tak często, jak w najbliższych, najbardziej intymnych związkach. Ktokolwiek sądziłby, że miłość zaleczy jego rany, że rozpuści lęk czy rozpacz, tkwi pogrążony w najpospolitszych, najbardziej mylnych, a zarazem także niezwykle trwałych iluzjach i marzeniach – które jednak, prędzej czy później, zmuszą go do bolesnej konfrontacji z ambiwalentną, okrutną i niepokojącą naturą Erosa.

2.

Ujawnia się ona najczęściej niepostrzeżenie, bez zapowiedzi. Niewinna słodycz zakochania, zrozumienie bez słów, doskonałe duchowe i cielesne pokrewieństwo wydają się zatopione w miękkiej, kojącej materii bezczasu. Jednak poza spokojem panującym w tym doskonale symetrycznym naczyniu, w którym kochankowie trwają pozornie oddzieleni od wszelkich naturalnych rytmów świata – stopniowo budzą się w ich życiu także inne jakości.
Kiedy miłosne uniesienie powoli wytraca swój impet, pomiędzy kochanków wkracza wyobraźnia – żyjąca jakby własnym życiem, osobnym, niepodległym wobec pysznych uroszczeń świadomości. W każdej diadzie – mówi Hillman – prędzej czy później pojawia się bowiem ktoś trzeci. Związek między dwojgiem ludzi już w momencie powstania zawiera w sobie potencjalność zdrady, zawiera – początkowo uśpione i nierozwinięte – wyobrażenie intruza, który rozbija ich oceaniczną symbiozę. Ów intruz – który być może nigdy nie pojawi się w rzeczywistości – staje się cichym obiektem podejrzeń i zazdrości. Staje się niemal pełnoprawnym – choć czysto imaginacyjnym – konkurentem, dystraktorem, załamaniem na dotychczas niezmąconej tafli bezgranicznego uczucia i bezgranicznego oddania.

3.

Do czego potrzebujemy zazdrości, niespełnienia, do czego potrzebujemy miłosnych zawodów, zdrad i klęsk? Dlaczego siła, która w niewytłumaczalny sposób gwałtownie nas do siebie przyciąga, potrafi równie niewytłumaczalnie i równie gwałtownie nas rozdzielić – niekiedy w stopniu tak ogromnym, że człowiek, który jeszcze do niedawna był nam najbliższy, dzisiaj wydaje się najbardziej obcy i niedostępny? Dlaczego miłość – o której słyszymy z każdej strony, że jest przestrzenią wolności i zaufania – zdecydowanie aż nazbyt często czyni z nas niewolników? Niewolników zarówno własnych, jak i cudzych projekcji, fantazji czy obsesji. Dlaczego pomiędzy mnie i ciebie wkracza zawsze ktoś trzeci, dlaczego nie potrafimy się bez niego obejść, dlaczego spędza nam sen z powiek i zatruwa nasze myśli podstępną trucizną nieufności?

4.

Starożytni Grecy, którzy Erosowi poświęcili w swojej mitologii wiele miejsca, byli doskonale świadomi jego ambiwalentnej, niejednoznacznej natury. Eros jest jednym z najstarszych bogów, zrodzonym wprost z pierwotnego chaosu – wcielającym go więc zatem, uczestniczącym w nim, w sposób stały i niezmienny do niego odniesionym. Fenomenologia doświadczenia miłości – o której Hillman mówił i pisał bardzo dużo – stara się uchwycić rzeczywisty przebieg intymnych relacji, rzeczywistą dynamikę emocji, które w nich pracują, rzeczywistą gamę jakości, które je przenikają. W odróżnieniu od stereotypowych pragnień i obrazów zapełniających kulturę masową, a co za tym idzie także naszą wyobraźnię – perspektywa, z której przemawia Hillman, przynosi zaskakującą i sprzeczną być może z nawykową intuicją odpowiedź na wymienione wyżej pytania.
Bezpieczeństwo, stabilność, struktura, zaufanie, symbioza, spełnienie i inne jakości, z którymi przywykliśmy wiązać miłość – wszystko to są warowne mury mające skutecznie odgrodzić nas od chaosu szalejącego gdzieś „na zewnątrz” symbiotycznego naczynia, w którym stapiamy się ze swoim ukochanym czy ukochaną. Miłość – wierzymy – ma nas unieśmiertelnić, ma zatrzymać czas, ma zastopować wszechobecną entropię. Tymczasem – oto wielki podstęp Erosa – miłość jest w istocie tą siłą, z pomocą której chaos włącza się w nasze życie, staje się jego pełnoprawną częścią, przypomina o sobie i domaga się uznania, uwzględnienia i uwagi.
Najprawdziwiej kochamy więc wtedy, kiedy ogarnia nas szaleństwo, kiedy nie jesteśmy w stanie sprostać potędze uczucia, kiedy tracimy głowę, robimy rzeczy, których nigdy byśmy nie zrobili, kiedy cierpimy, zdradzamy i jesteśmy zdradzani, kiedy miota nami zazdrość, niepewność i wściekłość. Dlatego właśnie o miłości nie ma pojęcia ten, kto nigdy nie przeżył miłosnego zawodu.
Chaos jednak nie zna litości. Prędzej czy później o sobie przypomni. Inicjacja w chaos – podstawową i nieusuwalną formę istnienia – jest bowiem nieunikniona, podobnie jak nieuniknione jest cierpienie w miłości.